— To co?

Dziadek zarzęził coś chrapliwie, lagę podniósł i jak­by z flinty do mnie zmierzył jej końcem gumą osło­nionym.

— To on dziedzicem będzie — wnuk!

Cisza zapadła, jakby wszystkim płachtę kto z góry zrzucił na łby. Skromną zrobiłem minę i pomyślałem:

„Ja wam dam”.

A wtedy ciotka — nie wiem która — wydała okrzyk przeraźliwy zemsty, szaleństwa i rozpaczy — jakby kapłanka bóstwa zelżonego — zasłony losu zdarła nagle i uderzyła w dzwon tragedii:

— Wnuk! — Co dziadka swego ma za ojca!

Gacki nad nami skrzyżowały swe szybkie loty, jak myśli czarne, niespokojne; za murem trębacz niewi­dzialny zagrał fanfarę. Rodzina grzebała się niemrawo, jak ryby w sieci. Pierwsze zerwały się bliźniaczki i do domu pomknęły, łkając w chustki. Za nimi reszta: ciotki z pięter, kuzynki — milczkiem bez chichotów, i wujowie odwrót zamknęli, wlokąc za sobą smugę dymu. My dwaj siedzieli nieruchomi jak dwaj widzowie, co zostali w teatrze po skończeniu sztuki — czekają na następny akt, gdy już pokrowcami służba osłania krzesła. A wtedy w furtce Dubiel stanął:

— Dziesiąta, panie. Psy spuszczał będę, do domu trzeba panom wracać.

I odparł dziadek: