— Ano trza, Dubielu. Chodź, moje dziecko.


Bliźniaczki krzykiem i groźbą do snu chłopca gnały, jak owcę do zagrody; naraz dziadek zjawił się w dzie­cinnym pokoju i cicho, jak na niego, rzekł:

— Zostawcie... ja go uśpię.

Opuścił siatkę i na brzegu łóżka usiadł w burym szlafroku, z kołnierzem w górę postawionym, jak szyldwach, co obozu strzeże w wietrzną noc. Przez chwilę milczał, potem dłonią policzków moich szukał i jej grzbiet chłodnawy przytknął do skóry rozpalonej.

— Dobrze tak? — spytał.

— Dobrze, dziadku.

Nie pytał o nic; ani o to, com w dzień robił, czegom się uczył, jak się bawił, czy się cieszyłem czymś ostatnio, czy też do smutku mam powody; nie pytał o to, czym jest zdrowy, czy wszystko mam, czego do szczęścia mi potrzeba. Nie pytał o nic, nigdy, i te­raz pytań nie zadawał, ale czekał — czekał chyba, aż ja pytanie mu postawię. Tak pomyślałem, więc spytałem:

— Dziadku... to prawda?

— Słucham, dziecko.