W domu ruch i w mieście ruch. Dwanaście tysięcy ponoć koni i ludzi przywieziono pociągami ze wszyst­kich stron kraju, dwanaście pułków kawalerii, strzel­ców konnych, szwoleżerów, pionierów, zwiadu i łącz­ności — cała konna armia stanęła w mieście. Koszar i fortów dość tu było z czasów cesarstwa, a jeszcze wszystkich nie starczyło dla tak olbrzymiej koncen­tracji konnych i ludzkich efektywów. Zajęto wszystkie w mieście szkoły, dzieciom wakacje przedłużono, za­brano stajnie i garaże, składy, remizy. — Wojna pra­wie — chichotał dziadek, szczęśliwy, bo korzystniejsza od poprzedniej miała być dla jego firmy.

Przyszli i do nas. Noc już była, gdy kopyta po bruku nagle zadzwoniły i przed bramą naszą ostro zaciągnął głos dowódcy:

— Szwaaadron, stój! — i rzuciły się zaraz z wrzas­kiem Dubielowe psy.

Nie spałem jeszcze, rozmyślałem nad lepszym urzą­dzeniem świata. Na równe nogi skoczyłem, szarpną­łem story. W sinym świetle gazowych lamp zobaczyłem kwadratowe czapki, strzeliste błyski lanc, koni tłum maści zbłękitniałej w mroku i ułanów, którzy daszki na oczy nasunęli, spuścili głowy, twarze skryli w koł­nierzach płaszczy (noc była chłodna, bo wrześniowa), spali chyba, a ja pomyślałem zaraz, że są pozbawieni głów.

W domu krzyk. Stuka Dubiel w okna, do bramy dzwonią, dziadek z pokoju swego ryczy i gdaczą ciotki przerażone:

— Co jest, u licha, spać nie dadzą!

— O Boże, wojsko!

— Kwaterunku nakaz!

— Jaki nakaz? Kto mi śmie w nocy rozkazywać w mym własnym domu?

— Wojsko!