Rósł, jak dziecko zwykle rośnie, zgodnie z prawami fizjologii, ja — powiadam — rosłem normalnie pośród zabaw i dziecinnych lektur. Czytywałem z lubością Żywoty Plutarcha, Tacytowe Roczniki, Fajdrosa i Pań­stwo. Homera lubiłem nucić sobie w kątku albo, w szmatki przebrany ciotczyne, grywałem dla zabawy szekspirowskie role — kobiece przeważnie. Czytywa­łem Kapitał, po trosze Nietzschego. Bergsona nie lu­biłem, a Freud mnie rozśmieszał do łez. Rosłem pra­widłowo z niemiłym wyjątkiem: głowę miałem za du­żą wobec reszty ciała i z trudem ją dźwigałem na zbyt cienkiej szyi. Stąd częste migreny i omdlenia, i krok powłóczysty. Lecz nadzieja była, że z czasem wszy­stko się wyrówna i proporcje odzyskam. Tak doktór Kraft twierdził.

Od dnia nieszczęsnej defilady dziadek radził się swe­go spadkobiercy we wszystkich urzędowych sprawach. Już nie musiałem chyłkiem zakradać się do jamy pod dziadkowym biurkiem: sam wołał mnie do siebie i uro­czyście tam wprowadzał. Na lasce wsparty czekał zaw­sze, aż sobie wpełznę z żołnierzami na moje miejsce ulubione.

Dziadek wpadł w kłopoty, które łatwo było przewi­dzieć. Nikt mu wszak nie zwrócił pieniędzy, które był włożył w ekwipunek. Reklamowy efekt, który dziadek zamierzał osiągnąć, przyjmując udział w ceremonii, roz­wiał się całkiem u stóp wzgórza, wobec uporu siwków. Różne zresztą powstały wersje tych wydarzeń. Dubiel na konie wszystko zwalał; wszak były obce, znarowione, trąb i chorągwi niezwyczajne. Dziadek ina­czej. — Umyślnie — mówił — je spłoszono, by nie do­puścić firmy do zaszczytów.

— Coś pan, panie... z takimi końmi tu przyjechał, które się płoszą? Chcesz pan nieszczęścia? Kto będzie stawał przed sądami, gdy pańskie diabły giez ukąsi, gdy jeden z drugim ogon zadrze, poniesie powóz i roz­trzaska o pierwszy lepszy słup po drodze... Pomyśl pan chwilę i odjeżdżaj, a wódz niech autem jedzie — bo to pewniejsze.

— Mnie tutaj, panie, zamówiono, papiery mam od komitetu, kto mi zapłaci, kto mi zwróci, ruina taka, hańba, świństwo — tak krzyczał dziadek u bram zam­ku i gdzieś tam poszedł dyskutować, kłócić się, pro­sić... My zaś z Dubielem cicho stali — fagas z policji poszedł sobie, już niepotrzebny. Więdły róże na koźle, Dubiel sapał i klął, a konie potrząsały łbami, jakby się dziwiąc awanturze.

Wrócił dziadek, czerwony, jakby go trafić miał szlag lada chwila. Powiedział tylko:

— W dół, do domu — i na poduszkach się rozwalił już nie zważając na ich biel.

Po drodze kazał wstąpić do Hawełki, pociągnął ru­mu i bełkotał:

— Gadałem z nim. Panie Marszałku, mówię, jak to... Najpierw tamto, teraz znowu... Za co mnie pan tak prześladujesz, co pan masz do mnie? Ja tobie w drogę nie chcę wchodzić, pan mi też nie wchodź. A on mi na to: — „Pamiętam, panie Teofilu, pamiętam, dzielny był ułan... I konie ładne. Ale trudno — te moje adiutanty... I policja. Następny raz pojadę z panem”. Tak mi po­wiedział — krzyczał dziadek i śpiewał piosnkę o in­dorze.