Co do mnie własną wersję miałem, tę najpiękniej­szą, bo prywatną. I tak jest z każdym wydarzeniem — o żadnym przecie nic pewnego nikt nie orzeknie, bo w każdym udział ma fałszerstwo, które je zmienia i rozwija, jak to pisarz z powieściami czyni: życie się składa z opowiadań, które nawzajem sobie prze­czą.

Klęskę więc poniósł dziadek — ja wygrałem. Jego od bramy odpędzono — ja przejechałem razem z wo­dzem przez całe miasto i defiladę kawalerii wraz z nim przyjąłem; mnie krzyczano „niech żyje” — dziadka wyśmiano w mieście i w domu. Zamówień w dalszym ciągu brakło, konie wciąż żarły, a furmani sarkali w głos i pili w sztok. Dziadek zrywał się gniewnie, laskę chwytał, gdy do biura doleciał ich chóralny śpiew. Radziłem wtedy:

— Zostaw, dziadku. Niech sobie piją. Gdy przestaną, nasz zakład rzucą i pójdą precz poszukać pracy rze­czywistej. Skłonność do pracy i porządku dobra jest wtedy, gdy potrzebna dla celów wyższych, naszych — znaczy. Te same cele mogą lenistwo zmienić w cnotę, pijaństwu nadać wartość czynu.

Siadał dziadek, wzdychał i weksle tylko podpisywał pod zastaw parcel i budynków. Ja żołnierzyków moich stawiałem w szeregi, w czwórki łamałem i ósemki, i tyraliery rozwijałem przeciwko kapciom starowiny. Potem ich palcem przewracałem, kazałem leżeć jak zabitym, aż im na powrót wstawać każę, i w pole lecieć z krzykiem „hurra”.

Pewnego dnia zapukał ktoś do naszych drzwi.

— Wejść — mruknął dziadek, a ja zamarłem: „Klient”?

Tak, jakiś szewc z dzielnicy Podgórz, zza Wisły.

Lekko pijany i radosny tak przedstawiał swoją prośbę:

— Panie, wydaję córkę za doktora (nazwisko ja­kieś z dumą podał), może pan zna? Wesele, panie, takie będzie, jakiego Kraków nie pamięta. Dwunastu księży zamówiłem i męski chór Leć pieśni w dal. Pająki wszystkie mi zapalą, położą kokos wzdłuż kościoła, kwiaty kupiłem z firmy Freege, kucharzy wziąłem od Pollera, wino od Grossa, piwo od arcyksięcia z Żywca, od Baczewskiego skrzynie dwie, suknie z we­lonem aż z Warszawy. Pieniądze mam, pieniądze daję, bo tylko w życiu jeden raz człowiek się żeni i umiera. Tak czy nie?

— Tak — odrzekł dziadek jasnym głosem, bo spo­tkał przecie znów człowieka, który wyznawał jego wiarę w piękno i wartość ceremonii, a na tej wierze sto lat z górą nasz zakład stał.