— Teraz mi jeszcze koni trzeba. Białą karetę chcę dla córki z atłasem w środku. Furmani mają być w cylindrach, wszystkie powozy, jakie masz pan w szo­pie, daj, bo rodzina liczna. Kopyta koniom niech się świecą, jak... wiesz pan co. Ja się na szczegółach znam.

— Tak — odrzekł dziadek i kapciem tupie, boć to się jego spełnia sen o obyczaju nieginącym. A szewc bełkoce:

— Teraz to, panie, ludzie autami tylko jeżdżą, bo mówią „postęp”...

— Jaki tam postęp — dziadek rzecze — choroba taka.

— Święte słowa — wykrzyknie szewc. — Auto, panie, to jest fabryczny but na jeden sezon, a co ręka to ręka.

— Co koń to koń!

— A toś mi brat! Pisz pan w księdze zamówienie na córki ślub i wnuków chrzciny — z góry płacę. I pogrzeb konny też chcę mieć! Pisz pan, gotówkę na stół kładę.

Wtedy krzyknąłem „nie!” spod stołu. Umilkli obaj, zgłupiał szewc, dziadek pod biurko zajrzał.

— Hę? — spytał.

Wyszedłem, ubranie otrzepałem z prochu i rze­kłem: