— Nasz zakład pana nie obsłuży.
— Co to? Dlaczego? Odkąd to jajo kurą rządzi?
— Jajo, mój panie, czyli skutek, jest dla przyczyny tym, czym jest pożar dla zapałki, albo tym, co dla słowa — głupiego nawet — jego sens. Kura nie wie, co zniesie, ani zapałka, co zapali, ani słowo nie wie, w co się obróci, a dziadek tyle wie o wnuku, ile kamień na ślepo wyrzucony może rozumieć, dokąd leci i co rozbije. — Tak powiedziałem.
— Że jak? — zapytał szewc, gniotąc melonik.
— Cicho, dziecko — rzekł niepewnie dziadek. — My tu o interesach.
— Ja też, dziadku. Ty do grobu schodzisz, a ja o zakład muszę dbać, bo go wkrótce odbiorę z twoich rąk.
— Ależ gotówką pan szewc płaci!
— Gotówką! — z mocą krzyknął szewc.
— I zamówienie składa dożywotnie! Na ślub, na chrzest, na pogrzeb własny i rodziny!
— Całej rodziny! — potwierdził wyśniony interesant.