— A za nim pójdą inni!

— Pójdą! Namówię szewców, cholewkarzy i pośród krawców wpływy mam — całe rzemiosło murem sta­nie i koniom przywróci cześć.

— Nas to nie interesuje — potwierdziłem stanow­czo. — Plany mamy inne. Skończona rozmowa. Idź pan z Bogiem. Nasz zakład nie dla szewskich uciech.

— Że jak? — ryknął szewc. — Że hę? Że nie dla... A to, panie... Pfe. Ech! To tak... Powiem w mieście. W mieście powiem. W cechu. W rzemieślniczej izbie powiem. W magistracie. Do gazety, panie, podam. I do sądu. Za obrazę, panie, czci. Za klienta poniżenie. Jajo rządzi. Skutek, mówi. Ja ci, panie, skutek sprawię, o sku...

Zatchnął się i poszedł sobie, a na schodach jeszcze gorzej klął.

Dziadek siedzi, marszczy brwi, patrzy we mnie jak w upiora.

— Coś narobił? — pyta wreszcie — ja ci... ja cię... Do schroniska oddam, won wypędzę, jeśli mnie nie trafi szlag! Wody! — ryknął i — trzymajcie, bo zabiję.

Wpadły ciotki, wodę niosą, krzyczą, płaczą, dziadka cucą i wachlują, a ja do zabawek wracam.

Do wieczora rwetes w domu. Dziadek rzęził, nogi skurczał i rozkurczał. Wezwano lekarza, by mu upu­ścił krwi wzburzonej, a do mnie przyszedł doktór Kraft, szybko wezwany telefonem:

— Nasz mały zrobił dziwną rzecz! — krzyczała ciotka do słuchawki.