Wszedł z uśmiechem do mego pokoju, usiadł i przez chwilę w milczeniu patrzał, jak się bawię. Ja fortece budowałem z kamiennych klocków; wysoko w górę wynosiłem mury i wieże, a gdy już gmach tracił równowagę, zaczynał chwiać się i rozpadać, brałem do ręki byle przedmiot — piórnik, piłeczkę lub pantofel — i łup! z daleka w środek gmachu, i śmiech perlisty mój rozbrzmiewał, kiedy kamienie spadające toczyły się, skakały z hukiem, nawzajem pchając się i krusząc.
— Ślicznie się bawisz — rzekł z uznaniem znawca zaburzeń rozwojowych. Kopnąłem resztę klocków nogą i na podłodze w kucki siadłem.
— Co wolisz, powiedz, burzyć czy budować?
— Jedno bez drugiego sensu nie ma.
— Budujesz przecież, żeby stało.
— Kto inny zburzy, jeśli nie ja.
— Ach, tak, prawda... A co ostatnio ci się śniło?
— Różnie: jazda pociągiem, lot ślizgowy, klucze, patyki i kieszenie.
— A co najczęściej? Jakiś może sen szczególnie uporczywy, który cię męczy, przed którym chciałbyś uciec, skryć się?
Pomyślałem chwilę i spuściłem głowę.