— Nie przez sen?
— O snach nie było mowy wcale.
— Jak to? O sny przecież pytałem ciebie i tyś o snach mi opowiadał.
Wybuchnąłem śmiechem:
— A tośmy się nie zrozumieli! Ha, ha!
— Dziecko — powiedział wstając z krzesła — dziecko, ty uważaj.
— Będę uważał, proszę pana, będę uważał, zanim zrobię krok.
Odszedł głową trzęsąc. A ja do klocków powróciłem.
Nazajutrz, w godzinach urzędowych, zajęliśmy obaj zwykłe nasze miejsca: dziadek w fotelu, ja pod biurkiem. Nikt z nas nie wyrzekł ani słowa, jakby nie było tych wydarzeń z dnia poprzedniego. Późnym wieczorem, kiedy dziadek pod kompresami wypoczywał, a mnie zapędzono spać, narady trwały w całym domu i konsultacje między piętrami. Przede mną kryto się starannie, a ja nie usiłowałem nawet podsłuchać szeptów. Znałem ich przedmiot bez słuchania: o mnie chodziło i o dziadka — o dziadka ubezwłasnowolnienie i o to, aby wnuka oddać do domu dla niezwykłych dzieci. Był taki ponoć gdzieś za miastem, doktór Kraft nad nim pieczę sprawiał i on chyba tę myśl rzucił rodzinie. Byliśmy obaj zagrożeni: ja i dziadek; obu czekała nas rozprawa.