— Nie trzeba — mruczał dziadek i dodawał: — Za moje zdrowie, wypij, bratku.

Tylko przy wizytach Cezara nie dawano mi asy­stować.

— Mały, wychodź — wołał dziadek, kiedy tylko z dala słychać było śmiechy służby, dźwięk gitary i biadanie czekających swej kolei, których ten wesoły żebrak mijał z monarszą bezwzględnością. Był to stu­dent filozofii, jak mówiono wtedy — dziś filologiem by go zwano — który z głodu pono, czy z miłości dostał pomieszania zmysłów. Ten kostiumy często zmieniał: raz się zjawiał z gołą głową, wygoloną i w jakimś prześcieradle narzuconym na ramiona:

Ave, panie! — wołał ramię wyciągając — daj złotówkę.

Innym razem znowu miał na sobie strzęp munduru wojskowego i połamaną czapkę z orłem. Dwoma pal­cami salutował wtedy do daszka, który zwisał jak przetrącone skrzydło ptaka:

— Melduję się i rozkazuję wypłacić żołd. Cześć, marszałku.

Przychodził także jako cywil w starym melonie, w kamizelce.

— Mojeszanwanie — wołał wtedy i cienkim śmie­chem rżał mrugając jak radca, który kolacyjkę u Hawełki ma na widoku. Przychodził jako chłop w kasz­kiecie albo robotnik, a wtedy rzezie zapowiadał, strajki i pomstę generalną na pasibrzuchach i krwio­pijcach. Z gitarą tylko nie rozstawał się nigdy; z nią po podwórzach krążył, piosenki śpiewał i anegdoty opowiadał, które w kuchniach całego miasta wzbu­dzały nieprzyzwoity chichot. Bo świnia był, jak mówił dziadek, i dlatego wyjść nakazywał dziecku, a sam się jakoś dziwnie cieszył nadejściem błazna. Kiedym wracał, dziadek, czerwony cały, ocierał łzy i krztusił się z wielkiego śmiechu:

— A to, panie, świnia! A to drań — powtarzał z po­dziwem i następnego „dziada” wołał — tak nazywał tę swą wtorkową klientelę, nagląc:

— Prędzej, prędzej, praca czeka. Mnie jałmużny nie da nikt.