I tak z nimi walczył dziadek, tak się zmagał z ich bajdami i od siebie pędził precz — tych tam, jak po­wiadał — bzików, których coraz przybywało; w każdy wtorek nowy jakiś wkraczał z bajdą nową; a to wy­nalazca z teczką pełną maści, klejów i nożyków, któ­re zaraz chciał rozkładać i zachwalać; a to malarz-portrecista, co wędrował z kartonami i w pięć minut chciał odtworzyć rysy dziadka, moje, ciotek — po zło­temu od sylwetki; a to znowu jakiś pisarz wielki, choć nieznany, który z teczki wydobywał teatralne sztuki, wiersze i powieści, albo mędrzec pisujący listy do naj­sławniejszych ludzi świata z projektami szczęścia, do­brobytu i pokoju; albo jakiś święty, który miał widze­nia; matka z dwojgiem dzieci, z których jedno nad­zwyczajnie zdolne było, drugie za to pokrzywdzone na umyśle i urodzie; albo znowu zabiedzony działacz jakiejś partii, który obiecywał przewrót w zachowaw­czym duchu (króla na tron chciał wprowadzić); inny zasię groził gniewem ludu; inny jeszcze działał w sprawie uciśnionych zwierząt i epokę nową wie­szczył pobratania wszystkich ssaków. Coraz więcej było bzików, coraz mniej zwyczajnych dziadów. I każ­demu dziadek dawał grosz wtorkowy; tylko słuchać nie chciał płaczów, gróźb, obietnic, wróżb, tylko nie przyjmował dzieł, projektów, leków, próbek.

— Nie potrzeba! — wołał, ręce wznosząc i jak szewc siarczyście klął.

A mnie było żal wariatów. Ciekawiły mnie ich plany i pomysły, zabawiały żarty i płacz wzruszał; świat mi się wydawał piękny i bogaty, gdym ich słuchał. I prosiłem:

— Pozwól, dziadku, niechaj każdy, co chce, powie.

— Bajdy!

— A kto wie, czy tak nie jest, jak nam mówią. Nie­chaj mówią — każdy prawo ma do bajd. Kto to wie, jak jest naprawdę?

— Nie pleć mi tu... — mruczał dziadek, milkłem zatem i w mej jamie musztrowałem wierne wojska.

A tego wtorku pamiętnego, nazajutrz po awanturze z szewcem, wszedł dziad jeden i powiedział:

— Panie, już niedługo sądny dzień. Słońce ma się spotkać z ziemią. Bałtyk cały kraj zaleje. Wisła w górę płynąć zacznie i lodowiec ruszy zaraz w naszą stronę. Przyjdzie nam się chronić w góry i będziemy wołać do nich — do tych, znaczy, gór — by nas skryły. Trzeba być gotowym, panie. Ale ja modlitwę znam, która uratuje świat.

Czekam, kiedy znów „nie trzeba” krzyknie dziadek. A ten, słyszę, pyta cicho: