— Jaka to modlitwa?
— Panna czysta mi ją wyjawiła, gdym ją spotkał nocą w mieście.
— Bożą matkę? Tu, w Krakowie?
— Na Plantach, przy fontannie, nocą.
— Ale? — tak się rozciekawił dziadek. Czy na zwłokę gra, czekając aż zięciowie przygotują przeciw niemu zamach? Czy się boi? Kapeć dziadka wznosi się i opada kurz wzniecając. A bzik baje:
— Suknię miała białą, płaszcz błękitny i koronę złotą z gwiazd. Pusto było dookoła. Ja do pawilonu wszedłem, gdzie sprzedają krachle, ciastka, lody, precle — pan wie.
— Wiem. Co dalej?
— Spać się położyłem popod kratą, w kątku, derką cały się przykryłem, o!
I pokazał burą szmatę, którą w kłąb zwiniętą niósł pod pachą.
Wyszedłem spod biurka, na kolanach dziadka siadłem. Bzik był młody, bluzę miał wojskową, starą, z guzikami blaszanymi w orły. Czaszkę mu zgolono z miesiąc temu, bo ją porastała niska, płowiejąca szczeć; twarz miał za to zarośniętą włosem grubym, rudym, lśniącym jak miedziany drut. Oczy miał błękitne, załzawione lekko; mówiąc rękami wymachiwał i słowa łykał jak ktoś, kto przybiegł zadyszany z wielką nowiną.