A nad nim rytm na co dzień cichy, niedosłyszalny dla laika sakralny rytm bożego roku, w którym zawarta tajemnica Pierwszego Przyjścia i Zbawienia. Początek jego był u styku jesieni z zimą, gdy listopad ostatnie liście strącał z drzew, a grudzień pierwszym mrozem ścinał ziemię i wodę, powlekał trawę białym szronem, a mgłę przemieniał w srebrny pył. — Spuśćcie — śpiewano po kościołach — rosę, obłoki, rosę łaski, rosę zbawienia... Świat — śpiewano — od wieków nieszczęśliwy zamarł w głębokiej nocy i żałobie — a to znaczyło, że przez cztery niedziele grudnia ludzkość cała, w kościele rzymskim zgromadzona, raz jeszcze przeżyć ma samotność z czasów, gdy w grzechu i rozpaczy czekała na Mesjasza przyjście. Czart nam panował, śmierć i trwoga — i fioletowe szaty wdziewał kapłan na znak, że w smutku wielkim sprawia ofiarę Adwentową.
Ale nadzieja w noc najgłębszą światła zapala ponad miastem; rankiem, gdy jeszcze ciemność trwała najbledszym blaskiem niezmącona dnia pobliskiego, kłapie siwek po bruku mokrym, brodząc w zielonej strudze światła, i poskrzypuje resorami czarna trumienka z latarniami, w której dziadek z wnuczkiem ziewają, do kościoła spiesząc. Za cóż tak rano, kiedy właśnie najdłuższa teraz noc na ziemi do snów zachęca — zwłaszcza dzieci i starców życiem wyczerpanych? A tu staruszki zewsząd biegną w stronę kościołów oświetlonych i dzieci wloką rozespane ku wrotom, w których dziady mruczą swoje modlitwy nieskończone.
Świeco jasna! (o świecy mówię, która nad innych świec szeregiem płonie w poranki adwentowe podczas mszy świętej odprawianej ku Panny czci, co Dziecka czeka) — ludzkość czeka na przyjście zbawcy, który jej winy zmaże wszystkie, biorąc na siebie brud i ciężar całej historii; ludzkość w czasie jak w labiryncie pobłąkana, zróżnicowana nieskończenie wedle pokoleń, wedle kultur, skłócona, wzajem sobie obca, niewinna, póki nieświadoma winy — w postaci Boga-Syna znajduje jedność — jedność w grzechu. — Zgrzeszyłam — mówi wobec Krzyża — jestem zatem. Przez tę Osobę obarczoną winą ludzkości, ona, skłócona ludzkość sama, Osobą winną, więc moralną, odpowiedzialną, więc świadomą, staje się. O świeco jasna, mrok grudniowy rozjaśniająca... Zaspane dzieci przez staruszków pognane w zimną, mglistą noc, „spuśćcie nam rosę” — cienko nucą; „rorate coeli56” szepce ksiądz... Świeco roratnia — tobie nuci uśpiona ludzkość, w starcach i dzieciach tu obecna, tobie kolumno smukła z wosku, zwieńczona długą blasku kroplą, strzało z płonącym grotem w niebo wymierzona, wieżyczko biała uniesiona ponad uśpione miasto w mgłach, maszcie, w żagle białe, w żagle błękitne przyodziany, chwytaj pańskiego gniewu wichry i w łaskę przemień — prowadź nawę miasta i świata ku zbawienia portom bezpiecznym — Panno Dziwna...
A po Adwencie — Narodzenie, różne radości i zabawy... aż do początków marca, kiedy przychodził Post. Wtedy odżywam: popiołem sypię głowy grzeszne, i humiliate — śpiewam ostro — capita vestra57, ludzie nieznośne, nieposłuszne...
Wędrując tak przez dzieje świata, wciąż go stwarzając, odkupując od nowa — razem z Trójcą Świętą — nie sami szliśmy z dziadkiem moim przez obszar roku i tygodni: z nami szli święci, z których każdy miał dzień osobny w kalendarzu. W orszaku szliśmy Apostołów, Ojców Kościoła, Męczenników, Biskupów, Królów, i Biedaków, którzy rzucili dobra ziemskie, aby za życia zakosztować rozkoszy obcowania z Bogiem; i Panny szły, co Oblubieńca jednego miały na niebiosach, i Wdowy, które, rzekłbym, wtórne dziewictwo uzyskały wtedy, gdy ziemskie związki Bóg rozerwał wyrokiem śmierci na małżonków. Szli wszyscy święci, niosąc z sobą rzeczowe znaki swej świętości: infuły, pastorały, palmy, lilie i księgi, i korony, narzędzia męczeństw, jak to: piły i miecze, koła tortur, pale, na które byli wbici, bicze, i rózgi, które ich chłostały — płomienie nawet, co spaliły ich ciała wyschłe, nieśli w dłoniach. Zwierzęta szły za nimi, które jadły ich ku uciesze tłumów: lwy i tygrysy, hieny, sępy... I nieśli także to, co dali za wiarę świętą: ten niósł głowę jak czapkę w ręce, ów zaś skórę, którą zeń zdarto, miał przez ramię jak płaszcz jedwabny przerzuconą. Wśród tych Młodzianków, Ogrodników, Antonich, Janów, i Grzegorzów, jak pośród druhów bliskich żyłem, albowiem obcy byli światu, jak ja od świata nic nie chcieli, jak ja tworzyli inny, czysty. Ja byłem świętym — i — na drogę świętości wiodłem dziadka, czyli w skrajność go wiodłem, która sama skrajnością jest, i konsekwencją wyprowadzoną ze zwątpienia w doczesną przyszłość. — Mój dziaduniu — mówiłem — pieszcząc starowinę — rozdałeś biednym chlebków mnóstwo, odzieży, grosza... A gdzie reszta? W banku masz jeszcze sporo złota, papierów pełno wartościowych w szufladach leży twego biurka, a hipoteki, place, grunta, a konie, uprząż, meble, srebro... A co talerzy... Daj to wszystko potrzebującym, bo inaczej...
Tu milkłem. Ale dziadek wiedział, co kryje w sobie ta pogróżka.
Wszak spisek trwał na wolność dziadka; ciotki, wujowie wyglądali tylko okazji, aby orzec niepoczytalność, zatem niezdolność do rządzenia; do tego trzeba było świadków, więc przekupili służbę całą — i pokojówki, i furmanów — tylko nam nocny stróż pozostał wierny: Dubiel, pijak i łgarz — od niego znałem poczynania mych krewnych spiskiem połączonych.
— Ej, paniczu — mówił, z chichotem, który prędko w łkanie się zmieniał — co tu się dzieje u nas w domu, co tu się jeszcze będzie działo, gdy nie daj Boże dziadek zamknie na zawsze oczy i wyciągnie te swoje nogi schorowane... A co to z panem będzie, dziecko? A ze mną, gdy już na garaże oddadzą młodzi państwo stajnie, gdy konie gdzieś tam wyprowadzą, na dorożkarskie szkapy albo do armii czy na szynki... Podobno dobre końskie mięso... Hi, hi... — tu śmiał się nieprzyjemnie stary żałobnik i dodawał:
— Jeszcze bym tylko zawieźć pana chciał w karawanie, jak woziłem wszystko, co było znamienite i zmarło... Panicza tylko nie powiozę, bo czasy będą pewno inne... Mówią, że palić będą zwłoki, zamiast je grzebać na cmentarzach... Mówią, że wojna będzie, jakiej nie było dotąd... Ja tam nie wiem. Nic nie wiem. Wracaj do swych zabawek, młody panie...