Wracałem do nóg mego dziadka, w ciemną jaski­nię, gdzie pachniało spoconym filcem starych kapci i wyschłym drzewem. Wojska moje precz musztrowa­łem, pacierz szepcząc o zgubę wroga rychłą, krwawą i tak zupełną, jak zupełne było zwycięstwo nad sza­tanem Pana Zastępów. Jego sługą tak wiernym by­łem, jak żołnierze z ołowiu mnie byli wierni — świę­tym byłem — żołnierzem armii — instrumentem Pań­skiego gniewu — anielskim mieczem i promieniem, co z ręki Pańskiej pada, pomór i pożar niosąc ludziom.

— Niedoczekanie — mruczał dziadek, gdym mu do­nosił to, co Dubiel o ciemnych machinacjach gadał. Niejednom dodał, aby jeszcze podsycić jego gniew zbyt słaby. Mówiłem:

— Szpiegują każde poruszenie twoje i moje. Każdy grosz w jałmużnę dany biedakowi notują w książkach, aby potem dowieść, żeś bzik... A gdybyś nagle w złość wpadł, gdybyś coś rozbił, pobił kogo lub gdybyś głup­stwo jakieś palnął, wszystko zapiszą i powtórzą gdzie trzeba: sędziom i doktorom, którym zapłacą, by cię zamknąć w domu dla niedołężnych starców. A wszyst­ko po to, by sierotę skrzywdzić i zamknąć w innym domu...

— Niedoczekanie! — walił pięścią o stół, pod któ­rym plany snułem i spod którego suflowałem, co ma uczynić zagrożony od córek złych.

— Co robić, dziecko? — pytał szeptem, dmuchając w wąsy.


Tak nieraz było w dziejach dawnych i w nowszych dziejach tak bywało, że doradcą monarchy, wodza, lub wodzem i monarchą samym, stawał się ktoś jak dziecko mądry: prosty zakonnik, karzeł chciwy albo filozof, który wierzył, że myśl wyprzedza egzystencję. Albo dziewczyna: głosy jakieś dały jej rozkaz, aby wdziała męskie ubranie i powiodła rycerskie hufce przeciw wrogom. A czasem był to chłopiec, który ledwie dwadzieścia skończył lat i hasło rzucał naro­dowi, by szedł na bój, na krew, na rzeź — nie liczył sił, lecz zamiar ważył, nie skutki, ale czyny cenił, jak dziecko czysty, konsekwentny, w dziecko prze­mieniał cały lud. Płonęły miasta, lud pobity na próżno szukał winnych klęski, gdy jak gorączka przeminęła dziecinna faza jego dziejów.

Dla starca miałem taką radę:

— Wariata z ciebie, dziadku, zrobią, boś jest już stary. Bądź nim zatem. Bo wariat może rządzić świa­tem, byleby głupstwo zgrał z metodą. Mówią, żeś bigot — ty bądź święty; że dobra trwonisz — rozdaj wszystkie; na dno opadnij, gdy cię topią — i sam dokonaj katastrofy.

— Ach, łotry — rzekł. Nie pojmował sensu moich słów. Nie słuchał, co mu głos wewnętrzny szepce przez usta dziecka złego, lecz i tak czynił, co mu kazał instynkt zniszczenia, który w każdym człowieku klęską zagrożonym ożywa na kształt złego ducha, co „zgiń” powiada ginącemu...