Zanim przez miłość człowiek wejdzie w trwalsze od formy związki z życiem.


Więc „precz!” do bab wyfiokowanych, pachnących wołam — „precz!” z kwiatami na kapeluszach i w de­koltach, wynosić mi się w lewą nawę, a mężczyzn w prawą zganiam batem. I zmienić strój: wszy­scy na czarno — w płaszczach z kapturem lub w we­lonach — wyjątek czynię dla mundurów wojska, po­licji oraz straży granicznej, miejskiej i pożarnej, także dla poczty i kolei... Tu się wahałem i w rozterkę co do mundurów popadałem, bo coraz więcej było służb w świecie, co ze mną równocześnie rósł i dojrzewał, coraz nowe wyjątki rodząc od reguły.


Więc w gniew wpadałem — dziecko słodkie — pań ulubieniec i żebraków. Na czele dziadów moich sze­dłem zdobywać miasto. Kroczyły moje głupki wierne, i cudotwórcy, wizjonerzy, przekupnie, grajki, wydrwi­grosze — moje sieroty, moi chłopcy z zakładu Panny Oblubieńca — bractwo z kuchennych schodów, z po­dwórek, przedmieść — z bud nad Wisłą, którem oglądał58 objeżdżając miasto dla dobroczynnych celów... Na czele dziadka klienteli precz szedłem pędzić... Dzwony biły... I za kamienie — w szyby prask! — i miasto nasze. Górą dziatwa!


Więc ja na czele tłuszczy zbrojnej? Gdzież moja świętość, gdzie pokora? Gwałt jest świętości konsek­wencją, ostatecznością skrajną samej skrajności. Co robisz, dziecko? Podnosisz chłopstwo przeciw władzy, kozaków spijasz wódką siwą i zbroisz w kosy oszalałą czerń hajdamacką? Sztandar niesiesz pożogi, buntu — prawa depcesz, pod Parlamenty ogień kładziesz, dziecko potworne, dziecko święte, skrajności cnotą opętane!

Przyszedł twój dzień.

Znów do gazet trzeba mi sięgnąć:

„Dzisiaj z rana...” albo raczej: „w godzinach ran­nych pod Województwa gmachem stanął tłum, który wznosił wrogie krzyki i kamieniami ciskał w okna biur. Policja położyła kres gorszącym zajściom”. Tyle IKAC.