Ach, stylu, stylu dziennikarski, o, boska sztuko eufe­mizmu i omówienia! Tobie winna epoka nasza spokój sumień i jakie-takie zdrowie ducha. „Gorszące zaj­ścia” albo „burdy... którym kres położono...”. „Siły porządku uśmierzyły... I przywróciły ruch normalny... Spokój panuje... Centra miasta mocno strzeżone... Obaw żadnych nie budzi nastrój mas”.

To znaczy:

Krew na bruku zmieszana z końskim łajnem i bło­tem w lepką maź, płachtą przykryty papierową po­dłużny kształt — i honorową straż trzymają cztery cegły bacząc, aby papieru wiatr nie porwał.

To twoje dzieło, dziecko krwawe, te trupy śpiące pod płachtami. Twój o jedności doskonałej przeczysty sen i twoja święta pogodzonego świata wizja, tu, w prochu, w łajnie poniżona, gdy huczą salwy ba­talionów.

„Ubolewania godne fakty...”.

„Ta krew na głowy rządu spada!”.

„Krwawe tym razem żniwo zbiera antypaństwowa prowokacja obcym pieniądzem opłacana!”.

„Na równi płaczmy krew przelaną żołnierzy oraz ro­botników, bo braćmi byli jedni drugim, tej samej matki dziećmi...”.

(Matką ojczyznę u nas zwano, chociaż „ojciec” jest rdzeniem tego słowa. Rzecz to znamienna, lecz nie trzeba snuć na ten temat spekulacji, bo cóż, słowo...)

Matka więc płacze, gdy jej dzieci walczą ze sobą. Kochałem ciebie, matko Polsko, i z tej miłości pokój chciałem na naszej ziemi zaprowadzić. Gdy tylko pierwsze wieści przyszły o niespokojnych zgromadze­niach (w Alei Wieszczów, koło mostu, gdzie Dom Gór­nika) — rozkaz dałem: — Arterii strzec, co dostęp dają do śródmieścia; od tłumów z dala, aby nie draż­nić ich widokiem hełmów i pałek — niechaj w bra­mach policja siedzi, wyjść gotowa dopiero w chwili ostatecznej.