— Nie wiem! Z góry — tak! — jakby z góry padły strzały... A potem wszyscy już strzelali: który z żoł­nierzy zdążył chwycić karabin z kozłów — na bruk padał i nie celując szył przed siebie — trach-trach — ale niewielu było szczęśliwców, którzy ocalili broń i żołnierski honor pułku. Bo tłum był szybszy: roze­brali w mig karabiny i ukryci w krzewach, co rosną wzdłuż ulicy, trach-trach walili do żołnierzy.

— Z kim był więc świadek?

— Nie wiem, panie...

— Wnoszę o areszt tego świadka, co broń miał w rękach podczas zajść! Sam to przyznaje.

— Tak, przyznaję — odparł przechodzień i chciał coś dodać, lecz „dziękuję!” — zawołał drwiąco pro­kurator.


I wprowadzono następnego.

To był policjant. Nieszczęśliwiec! Bez czapki, zbity, rozbrojony przemykał chyłkiem w stronę koszar, gdy właśnie Dziadek wkroczył w akcję.

— Jak wzięto Dziadka? Świadek widział?

— O, tak, widziałem, panie sędzio... Ulicą Karme­licką szedłem, kryjąc się pod ścianami domów, bo ku­le, panie, tak gwizdały, jak pod Łowczówkiem, w noc pamiętną, kiedyśmy z Dziadkiem, panie...