I znowu:

— Spokój! Bo każę publiczność usunąć — rzekł sędzia. A do świadka chłodno:

— Więc, hm... Głośno było czy cicho?

— Głośno przeraźliwie — ten odparł.

— A Dziadek?

— Ujrzałem go nagle, jak z mgły się wynurzył. Przywarłem do ściany, jakbym wejść w nią pragnął, stać się cieniem przechodnia rzuconym na chropawą powierzchnię. On szedł w chmurze błękitnej. Aż stanął o krok, tak blisko, jak... o! — wskazał stół sędziowski. Ktoś parsknął i ucichł.

— Czekałem — rzekł policjant — patrząc w lufy uniesione, którymi najeżony był jego pancerz. Na salwę czekałem w tłum, który w osłonę rozbitych tramwajów, wozów, aut, do góry kołami leżących na grzbietach jak chrząszcze, cofał się, bez popłochu, czujny i, jak mi się zdało, gotowy do skoku w chwili, gdy zabłyśnie w lufach uniesionych ogień. On czekał. Jakby się zadumał...

Głos:

— Sprzęt wojenny nie duma!

— Cisza! Wyprowadzić każę! Cóż Dziadek?