*

W miarę jak zawodziły Polaków nadzieje po­kładane w słowiańskim ich oswobodzicielu, w mia­rę jak świetlana przyszłość świata wybawionego przez rozumnych monarchów, szlachetne ludy czy światłych filozofów odsuwała się w nieokreśloną przyszłość, a rzeczywistość w ponapoleońskiej Euro­pie kształtowały cyniczne monarchie oparte na po­licji i biurokracji, mesjaniczne wizje stawały się coraz bardziej melancholijne, a coraz bardziej przez to mistyczne. Owszem, Polacy nie rezygnowali z wielkiej roli, jaką odegrać mają w odkupieniu całej ludzkości, lecz heroiczny wątek zwycięstwa i panowania ustąpił miejsca chrześcijańskiemu wąt­kowi odkupienia przez cierpienie i miłość. Pierwszy ideę tę sformułował Kazimierz Brodziński38, w słyn­nej mowie O narodowości Polaków, wygłoszonej w Towarzystwie Przyjaciół Nauk. Po raz pierwszy bodaj pojawiała się wtedy wśród Polaków myśl, że naród może istnieć jako idea, jako miłość, jako los szczególny, gdy go przemoc pozbawi granic i państwowych instytucji. Myśl ta powstała w kraju, w którym nie tamowano wcale wyrazu uczuć na­rodowych, pod warunkiem, że nie będą one sprze­czne z uczuciami do „jednogniezdnego sąsiada”. Po ulicach Warszawy maszerowało polskie woj­sko, białe orły widniały na emblematach państwo­wych, wszystkie gęby pełne były Polski — przy­najmniej na tym skrawku wydzielonym przez mo­carstwa. I wtedy właśnie pisał Kantorbery Ty­mowski39:

Bracia! Nie ziemia ojczyzną się zowie,

Nie brzeg, gdzieśmy dzień ujrzeli,

Nie święte miejsca, gdzie żyli przodkowie,

Co chwale służyć umieli.

Jest nią narodu nierozdzielna całość,

Równa mową, obyczajem;

Na praw puklerzu spoczywa jej trwałość,

Nie ogranicza się krajem.