Co zrobić z brednią, która ma znaczenie? Historyk i krytyk literatury musi sobie często zadawać to pytanie, ponieważ literatura pełna jest zjawisk, które przestały mieć wartość rzeczową, a których poznanie jest konieczne dla zrozumienia zjawisk innych, żywych. Tak jest na przykład z mesjanizmem polskim.

Nic łatwiejszego, jak potraktować całą sprawę z wstydliwością podobną do tej, jaka towarzyszy opowiadaniu upadków moralnych, aberracji umysłowych, nieprzyzwoitych chorób i skandali poli­tycznych. Tak postępowali z mesjanizmem history­cy i biografowie szkoły pozytywistycznej (np. Piotr Chmielowski20) i późniejsi „dobrze myślący” brązownicy przeszłości. Przemilczenia i retusze wywo­łały w dwudziestoleciu międzywojennym reakcję w postaci znanej kampanii publicystycznej, którą rozpoczął Boy-Żeleński książką pt. Brązownicy21; świetny felietonista „Wiadomości Literackich” zro­bił z mesjanizmu romantycznego skandal towarzy­ski, ponieważ zajął się wyłącznie obyczajową (czy­taj: erotyczną) jego stroną. Na to przyszła replika skrajna w przeciwną stronę: kilku historyków po­częło rehabilitować mesjanizm jako doktrynę mo­ralno-religijną, jego twórców (zwłaszcza Andrzeja Towiańskiego22) jako prawdziwych proroków i świę­tych (prof. Stanisław Pigoń23 pisał, że postępowanie Towiańskiego nie da się ująć w kategoriach normal­nej psychologii, lecz należy do osobnej nauki zwanej „psychologią świętości”), a w końcu pisma mesjaniczne weszły do literatury na pełnych prawach klasyki (Wybór pism i nauk Towiańskiego ukazał się w Bibliotece Narodowej). Marksistowska histo­ria i krytyka literatury początkowo zepchnęła na powrót zjawiska mistyczne do partykularza, trak­tując je wyłącznie jako „swoisty wyraz” wstecz­nej ideologii (patrz: Stefan Żółkiewski24, Spór o Mickiewicza). W miarę jednak rozwijania badań nad ideami składającymi całość romantycznej epoki, w miarę bliższego poznawania ideowych prądów romantycznej lewicy, okazało się, że mesjanizm nie był wyłącznie ezoteryczną doktryną elity emigra­cyjnej, lecz ogarniał szerokie kręgi wygnańców, zwłaszcza tych najbiedniejszych, skupionych w „za­kładach” na prowincji francuskiej czy internowa­nych na wyspy brytyjskie. Komunistyczne „gro­mady” żołnierskie („Grudziąż”, „Lud Polski”) wy­rastały z tego samego pnia mesjanicznego, co zgro­madzenie religijne księdza Jańskiego25 („Domek” i zmartwychwstańcy). Mesjaniczna wiara w rychłą rewolucję powszechną, w wielką katastrofę, która świat odnowi, w nową epokę, która po katastrofie zaświta, w szczególną rolę, jaką Polacy mają w tych wydarzeniach odegrać, z mesjanicznych nastrojów zrodzona wiara prowadziła tych pięciuset oficerów, co z Besançon poczłapali piechotą do Frankfurtu nad Menem wspomóc rewolucję mającą tam „po­dobno” wybuchnąć...; z tą samą wiarą ruszyli do kraju na stracenie uczestnicy tzw. „wyprawy Zaliwskiego” i ta sama wiara w piętnaście lat później prowadziła Legion Polski, który w liczbie kilkuna­stu nieumiejących strzelać ludzi, bez broni i pie­niędzy, pod wodzą postarzałego i zdziwaczałego poety, maszerował z Rzymu na wyzwolenie Polski. Z mesjanicznej wiary pochodziło przekonanie emigracyjnych demokratów, że tylko „ludy” mogą zba­wić Polskę, a więc z gabinetami nie należy wcale na ten temat rozmawiać; mesjaniczną wiarą jest bowiem przeświadczenie, że historia dochodzi do punktu zwrotnego, że polityczna rzeczywistość jest pozorem i tymczasowością, że rachuby wszystkie układać trzeba ze względu na jutro nowe, inne; i dlatego gdy konserwatyści emigracyjni, wyczer­pawszy wszystkie możliwości dyplomatyczne, po­stanowili księcia Adama Czartoryskiego koronować królem polskim na wygnaniu, a narodowi polskie­mu ogłosić stan permanentnej insurekcji, byli także mesjanistami, jak demokraci czy „komuniści”.

Można powiedzieć, że mesjanizm był „szczegól­nym wyrazem” wszelkiej ideologii politycznej owego czasu, podobnie jak np. w czasach reformacji formą, w której kształtowały się ideologie społeczne, najbardziej nawet rewolucyjne, była teologia. Ponieważ na teologii był oparty cały sy­stem autorytetu i władzy średniowiecza, od buntu teologicznego rozpoczynały się ówczesne rewolucje mieszczańskie, chłopskie czy narodowe. Fala mesjanizmów pojawiła się w XVIII wieku w Europie po­dzielonej między wielkie, scentralizowane monar­chie, które podbitym narodom narzucały prawa, ciężary wojskowe i skarbowe, politykę, sojusze, wojny, granice. W mesjanizmie owej epoki obja­wiły się dwie tendencje; uniwersalistyczna i naro­dowa. Wizja Europy zjednoczonej powstała w dwóch krajach, które przejawiały wówczas rzeczywiste ambicje przejęcia takiej dominacji nad świa­tem cywilizowanym, jaką Rzym kiedyś posiadał: we Francji porewolucyjnej oraz w Rosji Aleksan­dra I. Natomiast w Niemczech, rozbitych wówczas na trzysta przeszło państewek, szerzył się mesja­nizm narodowy, mający na celu rozbudzenie wśród Niemców ducha wspólnoty i dążności do zjednoczenia. Podobnie było we Włoszech. Mesjanizm był zatem objawieniem celów, jakie naród ma do speł­nienia: albo ma on do spełnienia misję wobec innych narodów — jak Francuzi i Rosjanie, albo wobec siebie samego — jak Niemcy czy Włosi. Tak czy tak, mesjanizm był ideologią określającą oso­bowość narodu, wyznaczającą jego miejsce w świecie i jego los w historii.

Polski mesjanizm był przez to szczególnie inte­resujący, że stanowił kombinację obu tendencji. Po­lacy mieli wtedy jeszcze poczucie, że są mo­carstwem największym we wschodniej Europie i wśród Słowian, i nie chcieli się pogodzić z tym, że ich Rosja bezpowrotnie z tego piedestału zrzuciła, a już wchodzili w rolę narodu podbitego i podzielonego, jak Niemcy. Jeszcze z końcem osiemnastego wieku marzyli więc o panowaniu nad zjednoczonym światem, a jednocześnie szukali na wschodzie lub na zachodzie, we Francji lub w Ro­sji, protekcji albo przewodnictwa.

Polski mesjanizm „imperialistyczny” jest dość starej daty i zrodził się chyba z polemik doby re­formacji; w zwyczaj stylistyczny weszło wtedy obfi­te cytowanie Pisma świętego, zwłaszcza Starego Testamentu, którego analogii nadużywano w obu zwalczających się obozach: „ludem wybranym” na­zywał Polaków zarówno Stanisław Orzechowski26, jak Piotr Skarga27 — pierwszy dla przeciwstawienia ich Rzymowi, drugi dla umocnienia ich w katolicyzmie. Piszący w pierwszej połowie XVII wieku ksiądz Wojciech Dębołęcki (kapelan „lisowczyków”, tj. oddziału polskich jeźdźców najemnych, służących po stronie cesarza w wojnie trzydziestoletniej) prze­powiedział Polakom bez ogródek panowanie nad światem. Twierdził, że Adam i Ewa byli Słowiana­mi i że wszystkie inne języki od słowiańskiego po­chodzą, a wśród Słowian najstarsi są Polacy, bo królestwo scytyjskie (od szczytu) właśnie oni zało­żyli. W wieku XVIII był już istny zalew tekstów profetycznych, a mesjasze mnożyli się zupełnie tak, jak to zostało już w Ewangelii zapowiedziane. W Avignonie ogłosił się mesjaszem polski szlachcic Tadeusz Grabianka28, który twierdził, że duch Izraela wstąpił w Polaków, za których pomocą on, Grabianka, uzyska panowanie nad światem, aby mógł go uszczęśliwić na tysiąc lat (tysiącletnie pa­nowanie Chrystusa na ziemi zapowiedziane zosta­ło w Apokalipsie św. Jana. Wiara w „drugie przyj­ście” Chrystusa na ziemię i w tysiącletnie Kró­lestwo Boże na ziemi, czyli tzw. „chiliazm”, potę­piony jako herezja, była stałym motywem ruchów chłopskich w XV i XVI wieku, a także mesjanicznych doktryn XVIII i XIX wieku). Prorokował Pol­sce rolę mesjasza narodów słynny ksiądz Marek karmelita; jego to proroctwa były chyba wzorem „proroctwa księdza Piotra” z trzeciej części Dziadów Mickiewicza, a sam ksiądz Marek znalazł się w literaturze dzięki dramatowi Słowackiego i pieś­niom Beniowskiego.

Rozmnożyły się więc proroctwa (z tego czasu pochodzą też proroctwa Wernyhory, kolportowane jeszcze podczas ostatniej wojny) i weszły do litera­tury razem z mistyczną modą ogarniającą wówczas kręgi najlepszych towarzystw. Rezydencja Czarto­ryskich w Puławach była ogniskiem owego mesjanizmu na użytek salonowy, a związani z tym śro­dowiskiem poeci (Woronicz29, Kniaźnin30, Trembecki31) prorokowali na potęgę. Robił to zresztą sam książę Adam Jerzy Czartoryski w swoim Bardzie polskim. Najdziwniejsze w tym mesjanizmie towarzyskim było to, że szalenie łatwo zmieniano tutaj koncepcję mesjasza. W miarę jak pogarszały się interesy Pol­ski, o jej panowaniu nad światem przestano mówić, a wspominano tylko (jak Woronicz), że Bóg prze­niósł na nią całą miłość, jaką miał kiedyś dla Ży­dów. Zwracano się już w stronę Francji. Tenże Wo­ronicz w poemacie Zjawienie Emilki przedstawił całą przyszłą historię w formie zmian w zodiaku — otóż konstelacja Bliźniąt miała odnieść zwycięstwo nad Niedźwiedzicą — to znaczy Polska wraz z Fran­cją miały pokonać Rosję. Po konfederacji targowickiej konstelacja zmieniła się na niebie Woronicza: Niedźwiedzica miała właśnie zwyciężyć, a żeby tego dowieść, uczony poeta-prymas nawiązał do bredni księdza Dębołęckiego o słowiańskich prarodzicach ludzkości. Co do roli Polaków Woronicz był dyskretny, przepowiadał natomiast zgodę i jedność „braci jednogniezdnej”. Kniaźnin w tym samym czasie porzucił myśl, że mesjaszem jest Kościuszko, i przychylił się raczej do poglądów Trembeckiego, że mesjaszem tym jest Katarzyna II. Rychło jednak Francja miała wrócić do łask proroków: gdy Napo­leon wkroczył do Warszawy, stał się natychmiast Zastępcą Niebios, Wskrzesicielem, Odnowicielem, i to w poezjach tych samych poetów, którzy nie­dawno wielbili w ten sposób Katarzynę. Ta ostatnia nie żyła już, a w Petersburgu panował Aleksan­der I. Pokój zawarty przez niego z Napoleonem w Tylży, nadzieje, które robił Polakom, aby ich so­bie zjednać, podzieliły ich uczucia między obu władców. Tak np. Hugo Kołłątaj32, choć od mistycyz­mu daleki, najpierw wyłożył słowiańską historiozofię, niewiele różniącą się w gruncie rzeczy od bajdurzeń księdza Woronicza, a gdy już z woli cesarza Francuzów za zgodą cesarza Rosji powstało kadłu­bowe Księstwo Warszawskie, ten sam Kołłątaj na­kreślił wizję światowej unii prawno-ekonomicznej, której realizację przypisał obu cesarzom. Nietrudno przewidzieć, co stało się w Polsce, gdy upadł osta­tecznie Zastępca Niebios: miejsce jego zajął po prostu Aleksander, a wszyscy prorocy i historiozofowie musieli przerobić swoje koncepcje.

Krótko mówiąc, ton mesjaniczny był obowiązu­jącym wówczas stylem panegiryku politycznego, podobnie jak w czasach klasycyzmu i renesansu stylem takim była mitologia grecko-rzymska. Gdy poeta dworu Ludwika XIV chciał uczcić parę królewską, przyrównywał monarchę do Jowisza, a kró­lową do Junony. W tej epoce, w której nad głowa­mi zawisnął miecz rewolucji, w której po koronę cesarską mógł sięgnąć syn nauczyciela z Korsyki, aby potem obdarować koronami swoich braci i ku­zynów (nie potrafimy nigdy zrozumieć, jak bardzo Napoleon ośmieszył sakrę królewską), pochlebcy tronów postąpili o krok wyżej, przypisując wład­com po prostu rolę wysłanników niebieskich. Po­zór domaga się zawsze wygórowanych względów, a składacze wierszy, mów, a nawet traktatów „nau­kowych” służących aktualnym potrzebom nigdy nie odznaczali się stałością poglądów.

Jednocześnie maniera wysłowienia staje się manierą myślenia; w tych czasach prorokuje się i fantazjuje na temat przeszłości i przyszłości nie tylko w wierszach, lecz także w naukowych roz­prawach. Proroctwo poetyckie stało się utopią w publicystyce polityczno-społecznej („proroctwo” i „utopię” traktujemy tu na prawach gatunków li­terackich), a historiozoficzne rojenia, ujęte w kar­by języka filozoficznego, wykutego w pedantycznej niemieckiej szkole, stały się metafizyką historii: od Herdera do Hegla nie jest tak daleko, jak by się mogło zdawać, a od Hegla bardzo blisko do Marksa. W mesjanizmie romantycznym trzeba bowiem roz­różnić jeszcze dwa nurty, już nie z punktu widze­nia celu i użytku narodowego, ale z punktu widze­nia szkoły czy metody. Otóż część utworów i zja­wisk należy do tradycji biblijnej, ma charakter mistyczno-religijny i wypowiada się w poezji lub w twórczości pokrewnej. Jednocześnie jednak pod wpływem francuskiej „filozofii rozumu”, pod wpły­wem Voltaire’a i encyklopedystów, tworzy się mesjanizm racjonalistyczny, to znaczy przekonanie, że postęp leży w naturze rzeczy, wynika z rozumnego charakteru rzeczywistości, że jest konieczny, tak jak konieczne są etapy logicznego dowodu: że po­stęp ten nie jest nieskończony i nieustanny, lecz zmierza do swego apogeum, do swego celu, do swej pełnej realizacji, tak jak dowód logiczny zmierza do ostatecznego udowodnienia hipotezy. Nawet Kant głosił wówczas erę wiecznego pokoju i pisał: „Filo­zofia także przeżywa swój millenaryzm”. Wiara w postęp, w nową erę, w zwycięstwo rozumu przybra­ła w rewolucji francuskiej objawy zupełnie religij­ne i szaleńcze. Odprawiano uroczyste nabożeństwa przed posągiem Bogini-Rozumu, odmawiano modli­twy do Robespierre’a33 i Marata34 („Robespierze nasz, który jesteś z nami, bądź wola twoja...”). A jedno­cześnie Condorcet35 i Mably36 pisali traktaty, które lo­gicznie uzasadniały zwycięstwo rewolucji. Zjawi­ska mistyczne towarzyszyły wtedy filozofii i polity­ce, a środowiskiem, w którym tworzył się ów stop Rozumu i Tajemnicy, były loże masońskie, skupia­jące absolutnie całą elitę europejską, od królów i duchownych począwszy, a skończywszy na woj­skowych i pisarzach.

W Polsce ten rodzaj racjonalistycznego mesjanizmu praktykowało Towarzystwo Republikanów Polskich, będące odpowiednikiem rewolucyjnego klubu jakobinów. Utworzone po insurekcji kościusz­kowskiej, za dogmat swój przyjęło wiarę w zwycięstwo Francji rewolucyjnej. Poeta polskich jakobi­nów, Jakub Jasiński37, pisał tym samym profetycz­nym tonem, co Woronicz i Kniaźnin, a nawet pier­wszy zdaje się w literaturze polskiej użył słowa „wieszcz” w znaczeniu „poeta”: „Słuchajcie wiesz­cza niemylnej przestrogi...” — pisał w wierszu Do egzulantów polskich. (Jeszcze Słownik języka polskiego Lindego podaje jako pierwsze znaczenia tego słowa: wróżbiarz, czarownik.) W tymże Towarzy­stwie Republikanów powstała jednak doktryna, która stała się programem dla stronnictwa ugody z Rosją. Członkiem Towarzystwa był m.in. Józef Kalasanty Szaniawski. Roił on zjednoczenie świata pod władzą filozofów (nie daj Bóg!), a zawiedziony do jakobińskiej i kościuszkowskiej doktryny czynu zbrojnego w oparciu o Francję, przedłożył plan wielkiej, długoletniej konspiracji, mającej na celu moralne przygotowanie narodu polskiego do no­wych przeznaczeń, jakie przyniesie mu — powia­dał — ogólna przemiana moralno-polityczna Euro­py. Przygotowanie to miało polegać — jak u pozytywistów warszawskich drugiej połowy XIX wieku — na rozpowszechnieniu nauki i oświaty. Szaniawski wiele zrobił na tym polu, dopóki nie został cenzorem w Królestwie Kongresowym; jako taki pracował nad zniweczeniem tego, co sam uprzednio zdziałał. Po roku 1831 zasiadał w try­bunale sądzącym uczestników powstania listopado­wego. On to był mistrzem duchowym młode­go Mochnackiego i namówił go do złożenia słyn­nego memoriału o wychowaniu młodzieży w du­chu posłuszeństwa i poszanowania religii i mo­narchii...

Z rojeń o słowiańskiej przeszłości Polaków zro­dził się wielki program badań etnograficznych, re­alizowany pod patronatem warszawskiego Towa­rzystwa Przyjaciół Nauk. Że założyciel i prezes tego towarzystwa (Stanisław Staszic) sam snuł utopijne wizje ludzkości szczęśliwej, bo rozumnej (w poema­cie Ród ludzki), i że w swoich majątkach hrubie­szowskich zakładał już wzorowe komórki owej przyszłej ludzkości, że wielki badacz przeszłości słowiańskiej, Zorian Chodakowski (naprawdę Adam Czarnocki, który Zorianem przezwał się od zorzy, a Chodakowskim od chodaków, które wkładał na bose nogi, gdy puszczał się w swoje wędrówki naukowe po kraju), że zatem Zorian ów szukał z maniackim uporem śladów zupełnie mistycznej gminy słowiańskiej i że wszystko wtedy było prze­sycone fantazją, mistyfikacją, a przy tym dziwnie jakoś zsynchronizowane z aktualną sytuacją poli­tyczną, cóż z tego? Wszak Słownik Lindego i zbiory pieśni ludowych Kolberga w tym samym czasie powstawały i z tego samego „ducha”. I poezja Mic­kiewicza, i muzyka Moniuszki.