Byli pokoleniem skazanym na historyczną za­gładę. Rodzili się w latach wielkiej wojny. Temu i owemu świtały w pamięci wspomnienia jakichś chwil podniosłych czy groźnych. Mochnacki jako czteroletni chłopczyk przysięgał w kościele w Żół­kwi na wierność Napoleonowi. Dwunastoletni Mic­kiewicz widział w Nowogródku wkraczającą Wiel­ką Armię. Ojcowie mieli za sobą heroiczną przesz­łość wojskową czy polityczną, ale pod rządami konstytucyjnego króla, który w Petersburgu pano­wał jako despota, a raz do roku przyjeżdżał do Warszawy odegrać komedię parlamentarną; w urzędniczym państwie, o hierarchii sztywnej, bo układanej i gwarantowanej przez północną stolicę, każdy z tych dawnych bohaterów czy działaczy zmieniał się w pokornego czynownika. Na podsta­wie wiedeńskich układów o podziale Europy na strefy wpływów Rosja była jedynym gwarantem polskiej autonomii. Polacy, sprawujący władzę w Królestwie Polskim, mieli mandaty rosyjskie, które uważali za jedynie możliwą formę polskiego bytu politycznego. Tylko z nami, powiadali rodakom, najjaśniejszy pan będzie mówił o swobodach i prawach Polaków. Jeżeli nas zabraknie, car prze­kreśli wasze istnienie polityczne jednym pociągnię­ciem pióra. Tępili każdy przejaw opozycji, bo, po­wiadali, liberalizm psuje nam opinię na dworze car­skim i grozi interwencją. Swój urząd utożsamiali z politycznym istnieniem Polski. Zamknęli drogę kariery młodym i sprowokowali konflikt pokoleń, który rozegrać się musiał na wszystkich płasz­czyznach życia narodowego — w wojsku, w opinii, w literaturze, w uniwersytetach — tak jak na wszystkie płaszczyzny rozciągała się polityka świę­tego, zaklętego „status quo”.

Królestwo Polskie było państwem lękliwych starców; panowała tu nuda i bezczynność. Tylko literatura przyciągała co żywsze umysły.

Dziwne są w tym świecie zmiany i zwyczaje,

Każdy prawie poeta próżniakiem się staje,

A co gorsze, na odwrót idzie rzeczy postać,

Dziś prawie każdy próżniak poetą chce zostać.

Tak pisał jeden z pomniejszych literatów war­szawskich w żartobliwym liście poetyckim do przy­jaciela. Kto żyw opuszczał Warszawę — za granicę, jak Podczaszyński (do Paryża), Goszczyński (do Grecji — na ochotnika walczyć w powstaniu) czy Antoni Malczewski, albo znowu na wieś. Jedno po drugim znikały pisma literackie. Był taki rok (1824), kiedy nie było w Warszawie ani jednego dzienni­ka zajmującego się krytyką literacką. Literatura nie wzbudzała namiętności, bo dla tych, co się nią zaj­mowali, była czynnością zastępczą; ich namiętno­ścią prawdziwą była polityka, to jest dążność do zmian, to jest sztuka dokonywania zmian w ustroju panującym i w wytyczonym biegu historii, polity­ka — to jest wspólnota ludzi mających jednakie czy zbieżne ambicje i cele.

Dla nich właśnie Machiavelli był odpowiednią lekturą. Nie dziwię się, że egzemplarz z „Xięgozbioru Radcy Stanu J. K. Szaniawskiego” jest taki czysty. Radca miał już za sobą takie lektury, ta­kie aspiracje i takie plany. Za to z takim sa­mym egzemplarzem nie rozstawał się podobno ni­gdy Maurycy Mochnacki; trzymał go na biurku wraz z hamletyczną trupią czaszką oraz egzempla­rzem Kazań sejmowych księdza Piotra Skargi.

W ciągu kilku lat pokolenie skazane na zagła­dę historyczną stało się w historii najaktywniej­szym i najbogatszym w talenty, indywidualności, dramaty. Życie nagle przyspieszyło biegu i wszyst­kim zdolnym ludziom ofiarowało owe „szczęśliwe okazje”, o których mówił mistrz z Florencji. Kto kogo do życia powołał: okazje ludzi zdolnych do ich wykorzystania czy ludzie zdolni sami sobie stworzyli owe okazje; czy idee rozjaśniły mrok ówczesnego świata, czy mroki rozproszyły się, ukazując idee gotowe do życia — to pytanie, na które każde pokolenie odpowiada wedle swych aspiracji. Pokolenie romantyczne odpowiedziało spiskiem belwederskim, Dziadami, Kordianem, Marią, mu­zyką Szopena. Co się naprawdę stało w ciągu tych lat kilku, jak wędrowały książki i idee, jak się odnajdywali ludzie wzajem sobie potrzebni, jak doj­rzewali do politycznej i literackiej wielkości... Myślę, że ten Machiavel commenté par Buonaparte jest jednym ze śladów, jedną z iskier ulatujących w powietrze z niezagasłych jeszcze popielisk wiel­kiej epoki.

„Słuchajcie wieszcza niemylnej przestrogi”