Ceniono Plutarcha w wieku Oświecenia; wy­kształcili się na nim przywódcy wielkiej rewolucji; lekturę Żywotów wprowadzono obowiązkowo do szkół wojskowych — rozczytywał się w tej książce Bonaparte, przy czym szczególnie umiłował życio­rys Aleksandra Wielkiego. A w Polsce Stanisław Konarski55 zalecił Plutarcha szkołom pijarskim; Jó­zef Wybicki pisze we wspomnieniach, że prefekt jego zalecił mu czytanie Żywotów sławnych mężów zamiast żywotów świętych, które stanowiły dotąd jedyną lekturę umoralniającą i jedyne źródła „wzo­rów osobowych”. W Polsce czytano Plutarcha po francusku. Dopiero w 1801–1805 dokonał nowego tłumaczenia ks. Filip Neriusz Golański, ojciec pijar, i wydał pt. Sławni ludzie i onych porównania — Plutarcha dzieło historyczne, moralne i filozoficzne. W tym przekładzie zapoznali się z wielkimi mężami Grecji i Rzymu Mickiewicz, Słowacki, Mochnacki, Goszczyński56, Nabielak57 — każdy z nich wyznaje, że Plutarch był jedną z pierwszych książek w dzieciń­stwie czytanych, że nad nim doznawał najpierwszych wzruszeń patriotycznych i snuł najwcześniej­sze marzenia o sławie i wielkości. Napoleonidzi, belwederczycy, ludzie roku 1846 i 1848, i roku 1863, wszystkie pokolenia romantyczne, romantycy wszystkich odcieni i wszystkich namiętności — po­litycznych i literackich — wykształcili się na Plutarchu, który dla nich był tym, czym dla pokoleń późniejszych była lektura np. Nietzschego58 albo Bebla59. Zajęcie Plutarchem ustaje właśnie wtedy, gdy zjawiają się na horyzoncie najpierw teoretycy pozytywizmu i socjalizmu, a później Nietzsche ze swą własną wizją wielkości. Na początku naszego wieku już nikt Plutarcha nie czyta z młodzieńczy­mi wypiekami na policzkach — najwyżej z obo­wiązku.

Czego w nim ludzie szukali? Wzorów postępo­wania? Więcej: wzorów biografii — a więc nie tyl­ko wytycznych dojrzałego działania, lecz wzorów samego dojrzewania, wzrastania, stawania się człowiekiem do działania zdolnym. „Młodzie­niaszek w wolnym czasie od nauki nie jak inni na próżnowaniu albo igrzyskach czas trawił. Spostrze­gano, że zawsze coś myślał i rozważał: to mowę ja­ką układał na obronę, to na skargę któregoś ze współrówieśników. Dlatego mu tak często mawiał jego nauczyciel: «Moje dziecię! Nic miernego z cie­bie nie wyrośnie, lecz albo co bardzo dobrego, albo bardzo złego...»”. Z dziecięcia tego wyrósł Temistokles. Plutarch narzucił wszystkim ambitnym mło­dzieniaszkom ów typ sensata60, chłopca poważnego, unikającego raczej rówieśników, szukającego zaś samotności lub towarzystwa starszych. Dziecię ro­śnie dla spełnienia celów, które zawczasu sobie układa — a najwyższe z tych celów są polityczne; marzy o sławie, a najlepszym jej rodzajem jest po­lityczna: „Nie umiem, prawda, strun nawiązać — powiada o sobie Plutarchowy Temistokles — ani grać na lutni nie umiem. Ale dajcie mi najmniej­szy kraj albo nieznaczne miasteczko, potrafię mu zrobić sławę i wielkie imię...”. Mały kraj lub mia­steczko — mój Boże, tylko tyle... Dzieciństwo jest usilnym ćwiczeniem przyszłych cnót, ascezą, której reguły narzuca sobie sam chłopiec, jeśli jest na­prawdę silny i do wielkości stworzony. Kiedyś przyjdą czasy, gdy typ sensata samotnego i ambit­nego stanie się z pozytywnego negatywnym, aby ustąpić miejsca wesołemu, dobrotliwemu, piegowa­temu łobuziakowi z powieści dla młodzieży, na któ­rych wychowywać się będą kolejne generacje z końcem XIX wieku i w wieku naszym. We wszy­stkich życiorysach Plutarcha i w tych, które na je­go wzór tworzono przez dziewiętnaście stuleci, pod­kreślano dojrzewanie przyspieszone: wybitne dziec­ko jest zawsze nad wiek rozwinięte, nad wiek wykształcone, nad wiek poważne; odsuwa się od ró­wieśników, wstydzi się swego wieku niedojrzałego, nie może się doczekać chwili, gdy mu danym bę­dzie chwycić za broń lub objąć urząd. Gdzie czasy, kiedy młodość stanie się najpiękniejszym i najbar­dziej chwalonym okresem życia, kiedy dzieciństwo stanie się wiekiem złotym czy też ekspozycją całe­go życiowego dramatu. We wzorze Plutarchowym dzieciństwo jest wyłącznie szkołą i jak gdyby wstępną przeszkodą do przebycia. Natomiast we wzorze stworzonym przez psychoanalizę dzieciń­stwo jest modelem całego życia — jego zagadką już w pełni zarysowaną, którą przez resztę czasu czło­wiekowi przyjdzie rozwiązywać i tłumaczyć. W dzieciństwie — wedle psychoanalizy — zawarte jest wszystko: należy je przeto przeżyć intensyw­nie, na oślep, ulegając instynktom i popędom, aby jak najwięcej zgromadzić materiału psychologicz­nego na czas późniejszy. Freud odwrócił porządek życia: wedle niego jest on ruchem wstecznym, po­wracaniem do źródeł. W porządku klasycznym, Plutarchowym, ruch ten był postępem: był przej­ściem od nieczynności dziecinnej do dojrzałej działalności, od nieświadomości do wiedzy i do mądrości: starość, którą Plutarch podnosi do naj­wyższej godności, zwłaszcza w życiorysie Katona Starszego, była apogeum mądrości, powagi i zna­czenia. Wszystko się w naszych planach życiowych odwróciło, gdy przestaliśmy być wierni Plutarcho­wym wzorom. Pierwszą naszą lekturą nie są życio­rysy wielkich ludzi, lecz przygody naszych rówie­śników, chłopców zwykłych jak my, którzy nie troszczą się wcale o to, co z nich wyrośnie, lecz w szczęśliwym przekonaniu, że dzieciństwo i mło­dość są najlepszą cząstką ich życia, starają się wy­dobyć z niedojrzałości, niewiedzy, nieodpowiedzial­ności wszystkie uroki, wszystkie smaki. Życie staje się nieustanną linią schyłkową, tym smutniejsze, im dalsze od początku. Żyjemy dopiero w pierwszym stuleciu tej „nieplutarchowej” biografii, która jako wzór moralny utrzymywała się prawie dwa tysiące lat. Tyle co chrześcijaństwo, którego była rówie­śniczką.

*

Plutarch był Grekiem i Rzymianinem jedno­cześnie; był patriotą greckim i obywatelem rzym­skim. Bardzo kochał Grecję, a Rzymem był zafa­scynowany i służył mu wiernie. Z tej dwoistości wewnętrznej powstała paralelna kompozycja książ­ki: Żywoty sławnych mężów składają się z dwu­dziestu trzech porównań wybranego „męża” grec­kiego z wybranym „mężem” rzymskim: Tezeusza z Romulusem, Likurga z Numą Pompiliuszem, Solona z Waleriuszem Publikolą, Temistoklesa z Kamillusem, Peryklesa z Fabiuszem Maksimusem — i tak dalej.

Możność takiego kojarzenia podobieństw w czasie i przestrzeni historycznej wynika z przeko­nania o jednorodności ludzkich dziejów. W naszym, to jest współczesnym, ujęciu historii dominuje za­sada zmienności, niepowtarzalności, nieporównywalności. Mówimy, że ludzi tworzą okoliczności i warunki, że nie tylko zmienne są charaktery, ale nawet pojęcie charakteru zmienia się w czasie, że nie to samo jest cnotą w jednym stuleciu, co bywało w poprzednim, że o wartościach ludzkich decyduje ustrój polityczno-gospodarczy, w którym ludzie żyją, a ten ustrój znów zależy od stosunków produkcyjnych. Nie umiemy porównywać ze sobą dwóch epok, dwóch państw, dwóch ustrojów czy dwóch bohaterów historycznych, ponieważ historia jest dla nas realizacją naoczną prawdy o względ­ności wszystkich miar, ocen, wartości. Nie umiemy inaczej myśleć. Tymczasem na takim porównaniu powstała cała olbrzymia kultura, która wcale nie zamyka się w granicach czasowych historii Rzymu. Rzym przyrównał się do Grecji, Rzymianie uznali się za spadkobierców Grecji. Powstała paralelna drabina wartości, paralelna mitologia, paralelna fi­lozofia polityczna i moralna. Historia dla Rzymian była po prostu polem poszukiwania ideału. Uznali się za powołanych do wcielenia owego ideału w ży­cie, ponieważ los dał im dość siły i szczęścia, aby mogli korzystać z dobrodziejstw rozumu. Fortu­na — pisze Plutarch — weszła w historię Rzymu, „aby zdjąć swe sandały i pozostać w niej na za­wsze”. Paralelizm grecko-rzymski stworzył jedność kultury antycznej; gdy Rzym upadł, przejmowały kolejno jego ideały polityczne i jego rolę w świecie Bizancjum i cesarstwo Karolingów, i cesar­stwo rzymskie narodu niemieckiego, a w końcu wszystkie monarchie uznawały się za nowe wciele­nie Rzymu, wszyscy monarchowie przyrównywali się do rzymskich cezarów, wszystkie republiki po­woływały się na rzymskie i greckie wzory, a histo­rycy wszystkich narodów wywodzili ich dzieje od Rzymian, od jakichś wygnańców rzymskich czy wędrowców, tak jak kiedyś Rzymianie wywiedli się od wychodźców z Troi. „Krak był Rzymianinem, wywodził swój ród z rodziny Grakchów, z której to dwaj Grakchowie, mianowicie Tyberiusz i Gajusz zginęli..., a on wówczas opuściwszy Rzym udał się do Polski, gdzie szukał spokoju i schronienia, i w Polsce w ten sposób osiągnął władzę...”. Tak pi­sze Długosz o władcy, któremu przypisuje dzieło ustanowienia w Polsce pierwszych instytucji poli­tycznych. W ślad za Długoszem wszystkie rody szlacheckie w Polsce wywodziły się od rodów rzymskich... Istotniejsze było jednak to, że ustrój polski wzorowany był na rzymskiej republice, i to, że Polacy historię własnego kraju pojmowali tak, jakby była ona nową wersją historii Rzymu, i że tym wielkim wzorem historycznym nieustannie sa­mych siebie tyranizowali. Z rzymskiej pozy zresztą zrodził się polski katastrofizm — gdy jeszcze Pol­ska była wielkim mocarstwem, jej moraliści (Piotr Skarga, Szymon Starowolski) uderzyli w ton kasandryczny i wieszczyć poczęli niechybną zgubę narodowi, rzeczypospolitej. Dziwimy się temu: jak to możliwe, aby w normalnym państwie powstała myśl o zgubie? Czyżby Polacy zawsze, nawet przed rozbiorami, tak niepewni byli swego istnienia? Otóż w tym wypadku również działał przykład Rzymu: Rzym upadł, więc kto Rzym naśladuje w jego po­tędze, musi się liczyć z tym, że podzieli kiedyś los tamtej potęgi. A ta rzymska poza „starożytnych Polaków” nie była bynajmniej ich wyjątkową ce­chą, lecz — jak powiedzieliśmy wyżej — cechą wszystkich państw europejskich. Paralelizm histo­ryczny stworzył jedność kulturalną Europy i utrzy­mał się aż do końca XIX wieku. Żyjemy w pierw­szym stuleciu poczucia względności historycznej, w pierwszym stuleciu pojmowania historii jako rze­czywistości niejednorodnej, w pierwszym stuleciu nieklasycznej filozofii historii.

„Krwawy i straszny na zgonie wiek XVIII już przeszedł. Pójdź, młodzieńcze wieku XIX! Przy­patrz się tu ludziom z daleka. Da ci poznać ich Plu­tarch. Korzystaj z błędów, chroń się umyłek, naucz się prawdy. Dawne to dzieło, nie teraźniej­sze. Ale też ludzie ludziom podobni. Światło, cnoty, występki, szkody i pożytki wieków z sobą się scho­dzą”. Takimi słowy zalecał ks. Golański lekturę Plutarchowych Żywotów. Rok 1805. U progu XIX wieku ukazała się w polskim języku po raz pierw­szy książka, która w kulturze polskiej istniała już od lat czterystu, choćby dlatego, że była przedmio­tem ćwiczeń łacińskich w kolegiach. Teraz stała się książką do czytania. Teraz dopiero wzięły ją do rąk dzieci. Mały Mickiewicz, mały Słowacki, mały Goszczyński, mały Mochnacki... I każdy z nich mógł­by zapewne o swoim obcowaniu z Plutarchem napi­sać to, co o nim pisał Heine61: że mianowicie chciało mu się po lekturze Żywotów przez okno skakać, aby stać się „wielkim mężem”. Śmieszne? A czy jeszcze dzisiaj chłopcy nie chcą być szeryfami na Dzikim Zachodzie, czy nie pragną stać się wielkimi detektywami w stylu ich książkowych, filmowych lub telewizyjnych bóstw? Tę samą rolę co dziś kryminały i westerny w dojrzewaniu chłopców — z początkiem XIX wieku odgrywały Żywoty Plu­tarcha oraz Odyseja, Iliada, Eneida. Matka Mochnackiego wspomina, że kiedyś gospodarz do­mu, w którym mieszkała ich rodzina, zaalarmował ją wiadomością, iż mały Maurycy chyba zwariował, bo dziko krzyczy w swoim pokoju i ciska przedmiotami w piec. Okazało się, że Maurycy był wtedy przy lekturze Iliady i zabawił się w oblężenie Troi. Oczywiście, nic nadzwyczajnego w tej anegdocie. Dzisiejszego czytelnika może tylko zdziwić podnie­cenie chłopca z powodu oblężenia Troi, która daw­no stała się już tematem szkolnej nudy. Dzisiejszy chłopak ziewa na sam dźwięk któregoś z greckich sławnych imion. Tak, ale mali chłopcy z początkiem wieku nie czytali jeszcze powieści. Dopiero jako młodzieńcy mieli sięgnąć po Waltera Scotta, który był wtedy nowością.

Pamiętamy wszyscy słowa Gustawa z IV czę­ści Dziadów o „książkach zbójeckich”. Wiemy, ja­kie książki ma na myśli: Zbójców Schillera, Fausta Goethego oraz Cierpienia młodego Wertera, może Nową Heloizę Rousseau i jeszcze jakieś upiorne ballady Bürgera62. Tak, to wszystko prawda. Roman­tyczne lektury naszych romantyków to temat osobnego rozważania, a zwłaszcza rozwój tych lek­tur, ich przemiany. Dzisiaj chcę zwrócić uwagę tyl­ko na te lektury pierwsze, które są zawsze pod­stawą wychowania i które decydują o stylu osobowości, o planie życia, o jego perspektywie. Otóż nasi romantycy byli wychowani na wzorach antycz­nych. Na Plutarchu, Homerze i Wergiliuszu. Myślę nawet, że byli ostatnim pokoleniem związanym tak mocno z antykiem. Już następne uczyły się od dziecka uwielbiać Napoleona, Kościuszkę, Garibal­diego63, a potem bohaterów fikcyjnych — hrabiego Monte Christo, Old Shatterhanda... Romantycy byli ostatnimi chłopcami kochającymi pierwszą naj­świętszą, dziecinną miłością Temistoklesa, Milcjadesa, Arystydesa, Koriolana, Brutusa.

Pisze się wiele rozpraw o roli antyku w ro­mantyzmie i o związkach poezji romantycznej z greckim i rzymskim klasycyzmem. Nie o to w tej chwili chodzi. Nie o literaturę. Chodzi o pierwszy zawiązek wyobraźni, o źródło kojarzeń, metafor, odniesień. Dla romantyków wszystko to mieściło się w świecie grecko-rzymskim — świat ten nie był jeszcze dla nich podręcznikiem szkolnym ani muzeum, ani w ogóle dziedziną wyuczoną. Był dla nich wciąż jeszcze żywy i bliski.

A to znaczy, że dla nich historia wciąż jeszcze była rzeczywistością jednorodną, powtarzającą się cyklicznie; to znaczy, że była ona dla nich polem szukania ideału; to znaczy, że cnoty ludzkie trwały w niej niezmienne, czyste, wiecznie aktualne; że słowa nie zmieniały wartości i znaczenia; że ponad wiekami i ponad zmiennymi formami ludzkiego bytu wznosił się w ich oczach wciąż ten sam, czy­sty, wszystkim widzialny łuk ludzkich aspiracji, łuk ludzkiego losu, o którym powiadał Plutarch w swych Moraliach, że obejmuje swą orbitą „wszystkie rzeczy, które się zmieniają od nieskoń­czoności do nieskończoności”.

Żyjemy w pierwszym stuleciu nieklasycznej wizji świata. Oni, romantycy pierwszej wielkiej ge­neracji, byli ostatnim pokoleniem wychowanym całkowicie w klasycznej wizji świata. Oni sami wnieśli w nią niepokój. Zdradzili Plutarcha, które­mu zawdzięczali swe dyspozycje do wielkości.