Na wiosnę 1861 roku dwaj dawni przyjaciele Lelewela, przybyli z Paryża, odnaleźli w brudnej, zasłanej papierami izdebce starca wycieńczonego do ostatnich granic pracą, nędzą i zaniedbaniem. Siłą prawie wywieźli go stamtąd do Paryża i umie­ścili w szpitalu, gdzie zmarł.

Arcydzieło, czyli dług zaciągnięty w młodości

Ze wszystkich pytań, jakie można sobie zadać w sprawie literatury, mnie w tej chwili interesuje jedno: jak powstaje arcydzieło?

Nie pytam, czym ono jest i jak się je poznaje. Składa się nań powszechna zgoda; płynna to miara, a więc sprawia niejakie zmiany na mapie litera­tury; co dziś arcydziełem zdaje się bez wątpie­nia, jutro być nim przestanie. Tak było nieraz: ponad miarę cenili współcześni np. Bohdana Za­leskiego, stawiając go przed Słowackim; zbyt po­spieszyli się też chyba historycy XIX wieku, kompletując trójcę „wieszczów” akurat Krasiń­skim, który jako poeta nie dorasta do dwóch pozostałych. Nazbyt wysoko wyniesieni byli Asnyk, Tetmajer; zbyt nisko ceni się dzisiaj Orzeszkową. W końcu jednak wszystko się jakoś porządkuje; w obrębie mniej więcej stu lat każda epoka krzep­nie w układ trwały, w którym tylko jakiś cud, jak np. odnalezienie Norwida, może wprowadzić istotne zmiany.

Otóż arcydziełem jest to, co za arcydzieło uwa­żamy: to znaczy to, co stanowi podstawę naszego wychowania literackiego. Arcydziełami mierzymy jakości literackie — wiemy, co warta jest literatu­ra, gdy ją mamy do czegoś przymierzać — arcydzie­łami także wyznaczamy granice epok. Warto zazna­czyć, że są one czymś jakby różnym od samej lite­ratury. Ona płynie swoim strumieniem, w miarę szerokim, w miarę wartkim; każdy może w niej grzebać, łowić w niej, co się podoba. Arcydzieła są niewzruszone. One same zdają się być świadkami tego ruchu, który się wokół nich odbywa. Znako­mita większość historyków literatury zajmuje się owym ruchem; bada prądy literackie, wpływy, za­leżności, walczy o miejsce tych czy owych za­pomnianych lub niedocenionych twórców. Pisarz, który by miejsce swoje w literaturze uzależniał wyłącznie od aktywności owych skrzętnych jej administratorów, rychło by musiał popaść w skraj­ny sceptycyzm; na szczęście, istnieje w literaturze miara absolutna, niewzruszona. To właśnie arcy­dzieła, dla których wszystko się robi; nie znaczy to, by każdy pisarz czuł się powołany do stworzenia arcydzieła, jak żołnierz napoleoński, co buławę marszałkowską nosił w tornistrze. Natomiast każ­dy pisarz musi mieć poczucie (i ma!), że w jakiś sposób pracuje na arcydzieło; tylko dlatego możli­we jest uprawianie literatury, że arcydzieła są możliwe. Przypomina to zbiorowy trud poszuki­waczy złota: wszyscy kopią, aby ktoś jeden trafił na żyłę.

Ale mniejsza o to; metafory na ten temat można mnożyć; każdy pisarz ma zapas zwierzeń w tej delikatnej sprawie.

Pytanie, które chcę zadać, brzmi inaczej: jak mianowicie możliwe jest arcydzieło? Co się na nie składa? Jakie warunki są konieczne, aby ono po­wstało? Może czas sprzyjający, a to znaczy dni spo­kojne dla poetów i opieka nad ich pracą, talentem, losem? Może szczególna jakaś przychylność w spo­łeczeństwie? Może format duchowy całego pokole­nia, zdolnego sprostać wielkości literackiej i wy­magającego od literatury tak wiele, że aż arcydzie­ła trzeba, aby jego oczekiwanie zaspokoić?

Na wszystkie te pytania można twierdząco i przecząco odpowiedzieć. Twierdząco, gdy się po­myśli np. o złotym, to jest siedemnastym, wieku li­teratury francuskiej, wieku Corneille’a, Racine’a, Molière’a, Pascala, Bossueta. Literatura powstawała wtedy jako ukoronowanie sukcesów królewskich, jako ozdoba życia i tak już świetnego, znajdowała możnych i wrażliwych protektorów, publiczność czujną, skorą do entuzjazmu, a krytyczną.

Ale jest to przykład klasyczny, któremu prze­ciwstawić można przykłady wręcz przeciwne, cho­ciażby przykład złotego wieku literatury polskiej. Historia literatury nazywa tak wiek XVI, wiek Jana i Piotra Kochanowskich, Frycza-Modrzewskiego, Łukasza Górnickiego. Wydaje mi się jednak, że na to miano zasłużył sobie naprawdę dopiero wiek XIX, wiek Mickiewicza, Słowackiego, Kra­sińskiego, Mochnackiego, Norwida, Fredry, nie mówiąc już o późniejszych powieściopisarzach i publicystach, którzy wystąpili w ostatnich dwu­dziestu latach tego wspaniałego wieku, który zło­tym nazywam dlatego choćby, że jego pisarzy do dziś czytamy, podczas gdy tamtych, doskonałych stylistów XVI wieku, podziwiamy na odległość i na słowo honoru.

Zmniejszmy jeszcze pole widzenia; zajmijmy się tylko dziesięcioleciem 1830–1840, w ciągu któ­rego powstają kolejno Dziadów część trzecia, Kor­dian, Pan Tadeusz, Historia powstania narodu polskiego Mochnackiego, Zemsta Fredry, Nie-Boska Komedia i Irydion Krasińskiego, Anhelli i Balla­dyna, i najważniejsze liryki Słowackiego... W ja­kich warunkach to się dzieje? Na miły Bóg: trudno o gorsze. Klęska powstania niszczy życie narodowe w dosłownym, najbardziej materialnym sensie. Lu­dzie zostają rozłączeni z rodzinami, tracą majątki, są skazani na tułaczkę i nędzę. Literatura emigra­cyjna nadużyła może takich słów, jak tułaczka i nędza, ale przecież nie były to frazesy. Słowacki i Krasiński byli jeszcze w sytuacji uprzywilejowanej, bo obaj dostawali regularnie pieniądze na ży­cie i podróże. Słowackiego nie bieda zniszczyła, lecz choroba wtenczas nieuleczalna... Ale reszta emi­gracji? Jak ciężko musiał pracować Mickiewicz na utrzymanie rodziny, chociaż wszystkie kasy emi­gracyjne stały dlań otworem. W końcu, gdyby nie to, że miał bardzo solidne przygotowanie uniwersy­teckie, że znał wybornie literatury klasyczne i ję­zyki, doprawdy nie wiadomo, jak przeżyłby kry­tyczny czas; aby zdobyć np. posadę profesora w Lozannie, musiał stanąć do konkursu. Mochnacki po prostu żebrał o zasiłki — już nie na jedzenie nawet, bo żył byle czym, ale na opłacenie druku swego dzieła o powstaniu. W końcu musiał patrzeć bezradnie, jak umiera jego brat na gruźlicę i z gło­du. W rok po nim sam umarł, z wycieńczenia serca i mózgu. Lelewel, który otrzymał rozkaz opuszcze­nia Paryża i Francji, piechotą wędrował do granicy belgijskiej. A co się działo ze zwykłymi wojsko­wymi emigrantami, zwłaszcza w „zakładach”, to jest w miastach prowincjonalnych, które wyzna­czono na przymusowy pobyt żołnierzom i oficerom! Początkowo płacono im żołd, tak jak w wojsku francuskim, później jednak obniżono subsydia i najczarniejsza nędza zapanowała wśród emigran­tów, którzy w dodatku uparli się pozostać w swym gronie, aby pełnić rolę politycznej reprezentacji ujarzmionego narodu, stanowić rezerwę gotową do chwycenia broni, gdy tylko wybuchnie wojna po­wszechna lub rewolucja ludów... Nie przyjmowali więc ofert do Legii Cudzoziemskiej, do pułków afrykańskich, z jakimi zwracały się do nich władze francuskie; oponowali przeciw próbom angażowa­nia ich do armii belgijskiej lub portugalskiej, za zdradę narodową mieli wszelkie w tych sprawach negocjacje do tego stopnia, że generał Bem, który je prowadził, cudem uniknął śmierci z rąk zama­chowca. Raz wraz wybuchała wśród emigrantów panika, że władze zmuszać będą do wyjazdu, a żoł­nierzy nawet porywać będą siłą. Zdarzały się rze­czywiście zresztą wypadki szantażu, jak z dwoma statkami żołnierzy polskich, których Prusacy z Gdańska wysłali do Francji. Przez dwa tygodnie statki stały na redzie w Bordeaux, bo nie chciano Polaków na ląd wpuścić, póki się nie zadeklarują do Algierii. Ludność z Bordeaux manifestowała na ich rzecz i dostarczała im żywności, polscy emisa­riusze z zakładów nocami podpływali pod burty statków, aby żołnierzy utrzymywać w oporze... W końcu Francuzi ustąpili. Za to Polacy gotowi byli natychmiast angażować się do egipskiej armii, gdy tylko wybuchnął konflikt między paszą Egiptu a Turcją — a to dlatego, że Turcję poparła Rosja; za to na pierwszą fałszywą wieść o rewolucji w Niemczech pięciuset ludzi bez pieniędzy, zapasów żywności, bez butów i płaszczy, w słotę marcową opuściło zakład w Besançon i poczłapało ku gra­nicy, aby pomóc ludowi niemieckiemu; zupełnie jak te dzieci, które w XIII wieku szły piechotą do Je­ruzalem.