Przez pięć miesięcy Sand walczył ze śmiercią. Sąd niemiecki, ulegając wzburzonej opinii, odwle­kał proces w nadziei, że zamachowiec umrze z ran. Jednakże car Aleksander osobiście żądał procesu i wyroku śmierci. Egzekucja Sanda odbyła się pu­blicznie na łące pod Mannheimem. Kiedy Sand padł przed plutonem egzekucyjnym, tłumy przerwały kordon wojska, każdy chciał docisnąć się do zwłok, aby umaczać chustkę w krwi skazańca. Pole egze­kucji nazwano potem „łąką wniebowstąpienia San­da” (Sands Himmelfahrtwiese).

Wrażenie było piorunujące w całej Europie. Czyn Sanda postawił na nogi zarówno policję, jak spiskowców. Związki młodzieży, powstające w Niemczech, we Włoszech, w Polsce, przyjmowały symboliczną datę inauguracji 23 marca, a przysięgi składano na krew Sanda. Jednocześnie w całych Niemczech rozpoczęła się akcja represyjna, tzw. „nagonka na demagogów”, która objęła wszystkie uniwersytety. Zamykano studentów i profesorów, wytaczano procesy o nieistniejące spiski i zama­chy. Liberalny dotąd król pruski przyłączył się do tej akcji. Na kolejnych zjazdach monarchów w Cie­plicach i w Karlsbadzie zapadły postanowienia wprowadzające jednolitą dla całych Niemiec cen­zurę na książki i pisma oraz przepisy dyscyplinarne dla studentów i profesorów. Wydano zakaz należe­nia młodzieży do Burschenschaftów i towarzystw gimnastycznych. Utworzono centralną komisję dla ścigania przestępców oskarżonych o zdradę głów­ną, przy czym, jak zwykle we wszystkich ustawach wyjątkowych, pojęcie „zdrady głównej” było odpowiednio szerokie, aby każdego można było na tej podstawie posadzić. Komisja miała szeroko rozbu­dowane biuro śledcze w całych Niemczech oraz mo­gła w każdej chwili dysponować oddziałami wojska federalnego. Były jeszcze pewne trudności z prze­prowadzeniem tych postanowień na sejmie federal­nym, lecz poradzono sobie łatwo: tu i tam wybuch­ły naraz rozruchy antyżydowskie, które policja uznała za wstęp do powszechnej rewolucji. Oczywi­ście o tym, jak do owych rozruchów doszło, mieliby sporo do powiedzenia prowokatorzy austriaccy i ro­syjscy...

Zamilkły młode, romantyczne, zbuntowane Niemcy. Oplątane siecią policji, strzeżone pilnie przez obcych agentów, stały się krajem milczenia, drylu i utajonej irredenty. Burschenschafty i to­warzystwa gimnastyczne miały kiedyś później od­rodzić się w pruskim, sołdackim, szowinistycznym duchu. Kto chciał zachować wolność, uciekał za granicę. W latach dwudziestych XIX wieku ro­mantyzm niemiecki zamierał...

„O jakiż głupiec ze mnie — mówi w zakończe­niu Zbójców Karol Moor — którym sądził, że świat cały okropnymi czynami upiększę, a prawa umoc­nię bezprawiem... Ośmieliłem się, Opatrzności bo­ska, wygładzać szczerby twojego miecza i stronni­czości twoje naprawiać... Zmiłowania, zmiłowania dla chłopca, co chciał cię uprzedzać — twoją jedy­nie jest pomsta”.

W roku 1827 pytano starego Goethego, czy Zbójcy są dramatem aktualnym. Goethe, który wte­dy już głosił zupełny koniec ruchu romantycznego, powiedział, że Zbójcy jego zdaniem nie straciły na aktualności i nie stracą jej nawet za pięćdziesiąt lat. „Co napisał młody człowiek, najlepiej będzie przyjmowane przez młodych ludzi. Chociaż świat w zasadzie idzie naprzód w zakresie kultury i dob­rego smaku, to młodzież musi przecież zawsze za­czynać od początku i indywidualnie przejść przez epoki kultury światowej”.

*

Właśnie wtedy w dalekim, sennym Wilnie i w Warszawie sterroryzowanej przez Nowosilcowa, uczono się na gwałt niemieckiego, aby czytać „książki zbójeckie”, o których mówi Gustaw w IV części Dziadów:

One zwichnęły osadę mych skrzydeł

I wyłamały do góry,

Że już nie mogłem na dół skręcić lotu.