„Idzie o to, aby młodzi ludzie zdecydowani na wszystko połączyli się dla wspólnego działania mi­mo różnic, które ich dzielą, aby kroczyli do wspól­nego celu różnymi drogami, aby zgodzili się dzia­łać równocześnie — a zwycięstwo będzie zapewnio­ne. Za ciasno mi tutaj, w tym kraju kościołów i gryzipiórków”. Tak pisał dwudziestoletni Schelling do dwudziestoletniego Hegla w 1793 roku, na­mawiając go, aby przyłączył się do „dobrej spra­wy”, to znaczy do idei rewolucyjnej, do idei fran­cuskiej.

„Dzieją się rzeczy, które jeszcze dwa lata temu uważano by za rozwiązłość filozoficzną... Teraz każ­dy człowiek wyrastający ponad przeciętność inte­resuje mnie podwójnie, albowiem zanim nadejdzie czas równości, będziemy jeszcze potrzebowali sił nadprzyrodzonych”. Tak pisał młody Novalis w li­ście do młodego Schlegla w roku 1796. — „Nie uwierzysz, mój drogi — ciągnął — jak jasno czy­tam teraz w moich myślach. Są to moje zaręczyny, jestem jeszcze wolny i niezwiązany, a jednak już po dokonaniu wolnego wyboru. Wzdycham tęsknie do nocy poślubnej, do małżeństwa i potomstwa. Oby niebo pozwoliło stać się mojej nocy poślubnej nocą świętego Bartłomieja dla despotyzmu i wię­zień, a będę wtedy szczęśliwy w małżeństwie. Cięż­ko mi na sercu, gdy nie widzę już teraz spadających łańcuchów... Ale wciąż to samo błędne koło: aby zrodziła się wolna myśl, trzeba wolności, aby zro­dziła się wolność, trzeba wolnej myśli. Oto węzeł, który trzeba przeciąć...”.

„Czuję, jak we mnie samym dokonuje się wiel­ka reforma — pisał w tym samym czasie inny z młodych „zbójców”, 27-letni Baader, późniejszy pisarz i filozof. — Duch epoki dotknął mego ra­mienia”.

Wszyscy oni przemawiają już romantycznym językiem, który w Polsce dopiero w dwadzieścia lat później zabrzmi w Mickiewiczowskiej Odzie do młodości. Ale romantyzm nie jest ruchem optymi­stycznym; przeciwnie, rodzi się z historycznych rozczarowań i klęsk politycznych. Tak było nie tylko w polskiej literaturze, która potrzebowała klęski powstania 1830/1831 roku, aby utrafić naresz­cie w pełny ton romantyczny. Tak samo było w Niemczech. Pierwsze pokolenie romantyków, zwią­zane jeszcze bezpośrednio z okresem „burzy i naporu”, pokolenie, którego programowym utworem li­terackim byli właśnie Zbójcy Schillera, miało osią­gnąć dojrzałość intelektualną nie wobec zwycięstw rewolucji, lecz wobec jej klęsk. Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela nie była ostatnim słowem rewolucji. Za Deklaracją przyszedł rok terroru, krwawych rozgrywek wśród przywódców i partii politycznych, na koniec biurokratyczny, reakcyjny reżim, przygotowując grunt dla dyktatury wojsko­wej i cesarstwa.

Napoleon pobił Niemców, upokorzył, wyczerpał poborem rekruta i kontrybucjami. Z ruchu oporu przeciwko okupacji francuskiej i przeciw niemiec­kim rządom, które się jej podporządkowały, zro­dziła się nowa fala niemieckiego entuzjazmu, dają­ca podłoże społeczne dla nowej fali niemieckiego romantyzmu. Pierwszy entuzjazm był intelektual­ny — przede wszystkim intelektualny — drugi był przede wszystkim polityczny; ton pierwszego był prawno-społeczny; ton drugiego był mityczno-narodowy. Pierwszemu ruchowi przewodzili filozo­fowie — Kant był jego największym autorytetem. Drugiemu ruchowi przewodzili konspiratorzy, de­magodzy, działacze — a był on dziełem młodzieży. Był to pierwszy chyba moment dziejowy, w któ­rym młodzież wystąpiła na scenę polityczną jako realna siła. Historia Zbójców Schillera stała się rzeczywistością. Niemcy zostały ogarnięte siecią Tugendbundów79, Burschenschaftów80 i innych związ­ków młodzieży, bądź to całkiem jawnych, bądź to jawnych na pozór tylko, to znaczy pokrywających jawną organizacją istnienie organizacji drugiej, za­konspirowanej. Tak np. utworzony przez poetę Ka­rola Follena Związek Braci Czarnych stanowił jaw­ną fasadę ściśle sekretnego Związku Braci Śmierci, czyli tzw. „Bezwarunkowych”, których dewizą było: „Sprawiedliwego nie wiąże prawo...”. W 1817 roku odbył się w Wartburgu zjazd związków mło­dzieżowych: był to rok jubileuszowy Reformacji. W dzień rocznicy bitwy pod Lipskiem spalono tu uroczyście książki najbardziej reakcyjnych pisarzy, występujących przeciwko młodzieży i przeciwko idei zjednoczenia Niemiec. Palenie książek, zjazdy młodzieży niemieckiej, nazwy Braci Czarnych albo Braci Śmierci — budzą w nas najgorsze skojarze­nia. Oczywiście: wtedy przecież powstały formy ży­cia organizacyjnego i manifestacji publicznych, które przejmowały różne niemieckie (i nie tylko niemieckie) ruchy polityczne, aż po hitlerowców. U progu XIX wieku był to ruch postępowy. Palono książki reakcjonistów. Planowano krwawe zama­chy na monarchów. Karol Follen w słynnej pieśni pt. Trzydzieści trzy groził zagładą wszystkim trzy­dziestu trzem dynastiom, które kongres wiedeński wprowadził na trony niemieckie. „Bezwarunkowi” grozili także śmiercią Aleksandrowi I, żandarmowi ówczesnych Niemiec.

Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego prze­chowuje pod sygnaturą 140961 osobliwą książecz­kę. Jej karta tytułowa brzmi następująco: Mémoire sur l’état actuel de l’Allemagne. Par M. de S..., conseiller d’État de S.M.I. de toutes les Russies. Paris. À la librairie Grecque-Latine-Allemande, rue de Fossés-Montmartre No. 14. Novembre 1818.

Książeczka ta ma dziwną historię. Przede wszystkim, kto to jest ów pan de S..., radca stanu Jego Cesarskiej Mości Imperatora Wszechrosji? Otóż jest nim niejaki pan von Sturdza, literat nie­miecki, powszechnie znany agent rosyjski, który na zlecenie cara Aleksandra sporządził ów memoriał o aktualnej sytuacji w Niemczech i przesłał go na zjazd monarchów niemieckich w Akwizgranie, w roku 1818. Memoriał był poufnym dokumentem i miał przyczynić się do podjęcia przez monarchów niemieckich i ich rządy nadzwyczajnych środków przeciwko studentom. Na wstępie autor zastrzega się, że raport ten jest zbiorem bezstronnych obserwacji, a nie programem, i odwołuje się do „ojcow­skich uczuć rządów niemieckich” oraz synowskiego oddania niemieckich patriotów; do nich mianowicie należy wyciągnąć wnioski z tego, co tu zostało przedstawione. Niemcy są sercem Europy — powia­da pan von Sturdza — niezgoda narodowa i wola nieba uchroniły ten kraj przed zarazą francuską. „Człowiek gniewu bożego... po podbiciu całej Eu­ropy” w Rosji „pogrzebał swoją armię”, „gwiazda jego powodzenia zgasła jak sen”. „Wszędzie duch narodowy doznaje cudownych impulsów”. Ciekawe zdanie: świadczy ono o tym, że legitymizm również posługiwał się wówczas narodowym językiem. Jest to zrozumiałe, bo duch narodowy był przeciw Na­poleonowi. Ale zbuntowani młodzi Niemcy doma­gali się zjednoczenia. W odpowiedzi na to pan von Sturdza zaleca Niemcom system federalny i uważa go za część składową europejskiego systemu bez­pieczeństwa. W systemie tym Niemcy powinny od­grywać rolę kluczową, zwłaszcza wobec rychłego podniesienia się Francji z klęsk, jakie sprowadził na nią „człowiek gniewu bożego”. Czy Niemcy zdolne są do wypełnienia tej misji? Tu autor wypo­mina Niemcom srogo „bunty i niepokoje”, których widownią stał się kraj, tak cudownie ocalony od „francuskiej zarazy”. Przyczyny owych buntów i niepokojów autor widzi w przemieszaniu się osób i klas społecznych, w dezorganizacji idei religij­nych, a nade wszystko w błędach wychowania poli­tycznego. Ogromne są teraz aspiracje ludu do kształcenia dzieci na uniwersytetach — powiada Sturdza — ale te ostatnie są instytucjami przestarzałymi i opierają się na średniowiecznych przywi­lejach. Trzeba te przywileje znieść, uniwersytety poddać kontroli państwa, policję akademicką zastąpić policją municypalną, ustalić kursy osobne dla każdej specjalności i wprowadzić obowiązkowe zajęcia, oddzielić studentów niemieckich od obco­krajowców, wybory do senatów akademickich za­stąpić nominacjami rządowymi, a wreszcie znieść stowarzyszenia studenckie. Co się zaś tyczy ambicji narodowych, powinny one wyrazić się np. w pra­cach językoznawczych, i w tym celu — radzi pan von Sturdza — powinno się utworzyć jakiś instytut ogólnoniemiecki, który zatrudniłby tych wszyst­kich, co tyle mówią o zjednoczeniu.

Skąd się ten memoriał znalazł w paryskiej księgarni grecko-łacińsko-niemieckiej, skoro był tajnym dokumentem? Otóż wykradli go agenci pruscy, działający z polecenia kanclerza Hardenberga; Prusy skrycie popierały związki studenckie, ponieważ dążyły do zjednoczenia Niemiec pod ber­łem Hohenzollernów. Memoriał dostał się do angiel­skiego „Timesa”, następnie do wydawcy belgijskie­go, który — zapewne za podszeptem pruskim — nie omieszkał przy nierozszyfrowanym nazwisku auto­ra umieścić usłużnie tytuł „Tajnego Radcy Jego Ce­sarskiej Mości Imperatora Wszechrosji”.

Ale nie na tym skończyły się dzieje książeczki, liczącej niespełna sto stron druku. „Bracia Śmier­ci”, „Bezwarunkowi” zaprzysięgli zemstę carowi. Uplanowali na niego zamach, gdy miał dla celów kuracyjnych przyjechać do Niemiec. Chcieli pod­palić kulisy w teatrze podczas galowego przedsta­wienia i zasztyletować cara w zamęcie. Zamach się nie powiódł, ale plan nie został bez echa. Według powszechnego przekonania memoriał Sturdzy zo­stał opracowany na podstawie notatek dostarczo­nych agentom rosyjskim przez Kotzebuego81, bardzo wówczas popularnego dramaturga. Kotzebue, po­chodzący z baronów kurlandzkich, lata wojny na­poleońskiej spędził w Rosji i tam wszedł w służbę rosyjską. Powróciwszy do Niemiec po 1813 roku, pisywał zjadliwe pamflety przeciw patriotom, prze­ciw młodzieży, przeciw rozruchom studenckim. Był znienawidzony przez młodzież i niejeden kapturo­wy wyrok na niego wydano. Co innego jednak wy­dać taki wyrok, co innego wykonać go... Znalazł się przecież ktoś, kto to zrobił, ktoś wcale niezwiązany z organizacjami — ktoś, dla kogo ten akt był wy­zwoleniem od wieloletniej obsesji.

23 marca 1819 roku do mieszkania Kotzebuego zadzwonił blady, wątły chłopak i poprosił o widze­nie z pisarzem. Kiedy ten zjawił się, chłopak zato­pił mu sztylet w gardło, po czym sam zadał sobie nim kilka śmiertelnych ran. Zamachowiec nazywał się Karol Ludwik Sand. Miał 24 lata. Pochodził z Hof w Bawarii. Wszystkie wzruszenia, jakie prze­żywała ówczesna młodzież niemiecka, skupiają się w życiu Sanda jak promienie słoneczne w soczew­ce. Toteż stał się on bohaterem-patronem, symbo­lem dla tej młodzieży. Kiedy miał czternaście lat, do jego miasta i rodzinnego przyjechał Napoleon, aby tam odbyć rewię wojskową. Sand uciekł wtedy z domu. „Nie mogłem znajdować się w tym samym mieście co Napoleon i nie zabić go — wyznaje w swoim dzienniku. — A jeszcze nie czułem się na to dość silny...”. Studiował w Tübingen. Należał do towarzystwa „Teutonia”. Podczas kampanii stu­dniowej zaciągnął się do ochotniczego korpusu i bił się pod Waterloo. W jego dzienniku powtarzają się często myśli o samobójstwie na przemian z ideą ja­kiegoś wielkiego zabójstwa, które wyzwoli Niemcy od udręk politycznych, a jego samego od udręk du­chowych. „Panie — pisał — pozwól mi umocnić się w zamyśle uwolnienia ludzkości przez ofiarę, jaką złożę na wzór twego syna. Spraw, abym stał się Chrystusem dla Niemiec i abym jak Jezus był silny i cierpliwy wśród mąk... Człowiek jest niczym wo­bec narodu; jest tym, czym jednostka wobec mi­liarda albo minuta w porównaniu z wiekiem. Człowiek... da się porównać ledwie do mgnienia bły­skawicy. Naród jest nieśmiertelny”.