Dyktator stał się więc niejako „interregnem”; zapewniał ciągłość monarchicznego porządku. Ale nie tylko: był także dla wielu ludzi nowym wcie­leniem władzy. Republika nie była jedyną alter­natywą monarchii; była nią także dyktatura, a na­wet przede wszystkim dyktatura. Republika za­nadto przypominała rewolucję francuską z jej kon­sekwencjami, to znaczy z interwencją obcą i terro­rem wewnętrznym. Republika, wyznawana hałaśli­wie przez szczupłą stosunkowo grupę działaczy klu­bowych, dla większości była straszakiem, takim jak „władza rad” w okresie międzywojennym. Wszak­że to „lud” obwołał Chłopickiego dyktatorem, wszak na jego cześć gardłowano na wiecach Towa­rzystwa Patriotycznego. Krzyczące tłumy krążyły po mieście wywołując imię popularnego generała, podczas gdy ten ukrywał się po prostu, nie chcąc słyszeć o przyjęciu władzy z rąk powstańców. Wy­płynął wtedy dopiero, gdy mu ją ofiarował rząd — wciąż ten sam, niezmieniony przez rewolucję a więc „legalny”, „królewski”. Wtedy entuzjazm zapanował w całym mieście. Oświetlono okna, wy­wieszono dywany ozdobione cyframi dyktatora i jego portretami rysowanymi naprędce, groma­dzono się przed jego mieszkaniem i urzędem, to­warzyszono mu tłumnie, gdy konno przejeżdżał ulicami. Nazajutrz po objęciu władzy zasłabł; ro­zeszła się wtedy pogłoska, że o apopleksję przy­prawiło go przemówienie Maurycego Mochnackie­go w klubie. W kilku punktach miasta wznosić za­częto szubienicę dla klubisty. Dla ochrony dykta­tora zawiązała się straż złożona z akademików, na­zwana Gwardią Honorową. Na jej czele stanął mło­dy profesor filozofii, Lach Szyrma. Okryty czarną peleryną, na czarnym koniu przebiegał miasto otoczony adiutantami, a jego gwardziści pilnowali kwatery Chłopickiego bacząc pilnie, aby osoba jego nie doznała szwanku lub obrazy. Oni to ruszyli na dom Mochnackiego, aby go porwać i zawlec na szubienicę; Mochnacki na szczęście przedarł się chyłkiem przez pikiety i schronił się pod opiekę rządu. Dyktator wyzdrowiał, rozwiązał klub To­warzystwa Patriotycznego, nałożył ostrą cenzurę na prasę, zreorganizował policję i wywiad we­wnętrzny. Gwardia Honorowa stała się regularną formacją do dyspozycji wodza. Podzielono ją na centurie, rozdano stopnie wzorowane na rzym­skich: centurionów, edylów, prefektów. „Objąłem władzę, aby przeciwstawić się anarchii” — powie­dział bez ogródek dyktator; nie krył także wcale, że nie zamierza powstania rozszerzać. Mimo to sejm w trzy tygodnie później dyktaturę zatwier­dził, zalegalizował, ustanawiając nad nią jedynie specjalną „straż” złożoną z posłów i senatorów. I wszystko działo się jak w każdym dyktatorskim państwie: Chłopicki obrażał posłów, senatorów, ge­nerałów, rzucał w nich kałamarzami, kopał, gro­żąc wciąż, że odejdzie. Sejm zajmował się szczegó­łami administracyjnymi, wojsko stało w miejscu, „lud” pocieszał się, że wszystko jest dobrze, pó­ki Chłopicki rządzi. Dyktatura stawała się ustro­jem.

Osobliwe były wtedy dzieje Gwardii Honoro­wej. Czy się jej Chłopicki począł obawiać, czy z in­nych przyczyn postanowił pozbyć się wiernych pre­torianów, dość, że odkąd stał się dyktatorem „le­galnym”, odsunął Gwardię od siebie i wszczął kro­ki zmierzające do jej powolnej likwidacji. Najpierw powołał profesora Szyrmę na stanowisko radcy stanu, a dowódcą Gwardii uczynił zawodowego ofi­cera, który gwardzistom zaaplikował regularną musztrę oraz wykłady z zakresu podchorążówki. Następnie zaczęto gwardzistów wcielać do pułków liniowych. Wtedy w Gwardii nastąpił otwarty bunt. Akademicy zażądali odwołania nowego dowódcy i wysunęli własnego kandydata: Leonarda Chodź­kę. Był to człowiek bardzo ściśle związany z fran­cuskimi „węglarzami”, członek ich najbardziej wta­jemniczonych kół, służący za łącznika między nimi a węglarstwem polskim. Jednocześnie Gwardia przedstawiła dyktatorowi nowy program działania, zawierający w sobie nie tylko regulamin służby czy statut samej formacji, ale propozycję ustro­jową, w której rozpoznamy łatwo zarysy współ­czesnego totalizmu: Gwardia miała stać się organizacją kadrową werbowaną spośród ludzi bez­względnie oddanych dyktaturze; miała stanowić oddział specjalny w dyspozycji osobistej dyktatora, nie tylko dla ochrony jego osoby, lecz także dla akcji specjalnych, wymierzonych „przeciw anar­chii i defetyzmowi”; grupy gwardzistów, obdarzone specjalnymi pełnomocnictwami dyktatora, miały zostać rozesłane na prowincję dla kontrolowania urzędów i „podtrzymywania ducha rewolucyjnego”; każdy wojewoda, każdy starosta, każdy burmistrz czy prezydent miasta miał mieć przydzielonego gwardzistę, który reprezentowałby wolę dyktatora; każdy dowódca wojskowy, aż do szefa kompanii włącznie, miał mieć przy sobie gwardzistę upraw­nionego do wydawania rozkazów; prócz gwardzi­stów występujących jawnie miał zostać utworzony specjalny tajny oddział Gwardii, przeznaczony do kontroli ukrytej i do śledzenia wszelkich przeja­wów nieposłuszeństwa wobec dyktatora. Zdolni chłopcy! Trzeba im przyznać nie lada wyobraźnię polityczną.

Czy Chłopicki na te projekty nie przystał, czy dowódca Gwardii, dzielny pułkownik Łagowski, członek Wolnomularstwa Narodowego, działał na własną rękę, czy się wdał w to rząd, czy wojsko — trudno powiedzieć: w każdym razie gwardzistów rozesłano czym prędzej do pułków, pozostawiając tylko niewielką kompanię do pełnienia służby war­towniczej w kwaterze głównej wodza. Wkrótce zresztą Chłopicki zrzekł się dyktatury, a władza przeszła w ręce pięcioosobowego Rządu Narodo­wego. Nie znaczy to wcale, że na tym skończyły się konwulsje polityczne powstania. Przez cały czas sprawowania władzy przez ów Rząd trwały tajne rozmowy między różnymi ugrupowaniami i nowa dyktatura torowała sobie już drogę pośród biuro­kratycznego chaosu, niezadowolenia opinii, gada­niny sejmowej. Aby ją w końcu zrealizować, zwo­lennicy jej (zgrupowani w zakonspirowanym klu­bie, zwanym „klubem pani Chłędowskiej”) użyli środków nadto dobrze znanych z XX wieku: rozpoczęto kampanię prasową przeciw Rządowi, sej­mowi i dowódcom wojskowym, szafując zarzutami zdrady, wezwano w końcu lud do manifestacji, do najścia na Rząd i masakry więźniów stanu. Stało się to w noc 15 sierpnia 1831 roku. Rząd usunął się z miasta, policja nie interweniowała, wojsko nie otrzymywało żadnych rozkazów, a gdy miasto było bezbronne wobec szalejącego żywiołu ulicznego, pojawił się nagle mąż opatrznościowy, generał Krukowiecki. Kilkoma salwami do tłumu uspokoił uli­cę i przez nią samą obwołany został nowym dykta­torem.

W podręcznikach historii, w popularnych książ­kach, a zwłaszcza w powieściach historycznych, eksponuje się zawsze wojskowe dzieje powstania na niekorzyść cywilnych. A te były nie mniej waż­ne, choć o wiele mniej piękne, mniej malownicze i mniej bohaterskie. W konwulsjach politycznych rodziła się wtedy w Polsce nowa idea ustrojowa, aby zająć miejsce opuszczone przez króla. Jeszcze nie wiedziano wtedy, że to miejsce pozostanie pu­ste na zawsze. W lęku przed Republiką wypełniano je zastępczą postacią dyktatora, męża opatrznościo­wego, zbawcy ojczyzny, „Cnotliwego Kromwella” — jak pisał Mochnacki; ten „mąż” w później­szej poezji emigracyjnej przybierze mistyczną po­stać i tak głęboko zakorzeni się w wyobraźni na­rodowej, że wszystkie nadzieje wyzwoleńcze i wszystkie koncepcje powstańcze wiązać się będą odtąd z dyktaturą. Tak będzie w roku 1863, tak bę­dzie po wyzwoleniu w roku 1918.

Mówi się, słusznie zresztą, że romantyczna wi­zja polityki i walki uformowała polską świadomość polityczną; odnosi się to nie tylko do stylu przed­sięwzięć zbiorowych, lecz do celu ustrojowego. O ile monarchia stawała się coraz wyraźniej kon­cepcją konserwatywną, to jej alternatywą wysu­waną przez obóz rewolucyjny nie była demokracja parlamentarna, lecz dyktatura, czyli monarchia z woli ludu.

Kiedy w listopadowy wieczór 1830 roku gro­madka polskich romantyków biegła przez Ogród Łazienkowski do pałacu belwederskiego, aby zabić brata cesarskiego, była przed nią ciemność histo­ryczna, w której kłębiły się wszystkie widma, jakie nawiedzić miały Polskę i Europę po wymordowa­niu czy wypędzeniu królów. Powtarzająca się w ca­łej poezji romantycznej obsesja otchłani, przepaści wypełnionej chmurami, powtarzający się w niej te­mat skoku w przepaść, lotu czy szalonego pędu przez pustynię i mrok, który w niej panuje, wszy­stko to nie jest tylko nastrojem i tłem, lecz obrazem świadomości, obrazem chaosu, co w głowach pano­wał.

W listopadowy wieczór

„Każdy spisek — a naród chcący odzyskać swój byt jest albo w stanie ciągłej konspiracji, albo ciągłej insurekcji — ma w sobie coś nieokreślonego, a za­tem potrzebuje entuzjazmu i poezji... W tym stanie Polska się znajdowała” — pisał Maurycy Mochnacki w książce pt. Dzieje powstania narodu polskiego; w ciągu tych lat, które upłynęły od upadku powsta­nia listopadowego do śmierci młodego pisarza, zdą­żył on spisać dwa tomy swej pracy. Cytowane zda­nia pochodzą z tomu pierwszego, w którym Moch­nacki charakteryzował poprzedzający powstanie stan rzeczy w Królestwie Polskim, na ziemiach przyłączonych do Rosji i w Rosji samej, stan rze­czy w dziedzinie polityki, administracji, wojska, oświaty, a w końcu w dziedzinie ducha, to jest kul­tury i sztuki. Szukał przyczyn rewolucji, tak bo­wiem nazywał, jak wszyscy zresztą współcześni, powstanie wzniecone przez garstkę podchorążych w listopadową noc 1830 roku; wskazując, dlaczego wybuchła, dowodził, że wybuchnąć musiała. Prze­miany w literaturze, dokonujące się w przedrewo­lucyjnych latach, Mochnacki zalicza również do przyczyn, które wybuch uczyniły nieuniknionym, koniecznym, logicznym: „Wszystko, co przemawia­ło do imaginacji, zdawało się mieć na celu ojczyz­nę uciśnioną przez obcych wrogów; wszystko, co było poetyckie, było wtedy patriotyczne. Tym spo­sobem literatura w Polszcze, jak ludzie, konspirować zaczęła. Tym sposobem wytłumaczyć sobie potrafimy, dlaczego w tej właśnie porze, a nie pierwej ani potem, zjawia się w tej literaturze taki człowiek, jak Adam Mickiewicz, który był równie wielkim politykiem (choć może o tym nie wiedział) w swej poezji, jak Lelewel wielkim poetą w swej polityce, to jest w historii i krytyce historycznej”.

Maurycy Mochnacki pisał te słowa w roku 1832. Adam Mickiewicz nie przyjechał był jeszcze do Pa­ryża. W drodze z Polski zatrzymał się w Dreźnie, gdzie pisał Dziadów część trzecią. Kiedy Mochnacki pisał te słowa, miał sam dwadzieścia osiem lat, a poeta, którego zjawienie krytyk uznał za epokę, miał lat trzydzieści cztery. To samo pisał krytyk o nieznanym sobie osobiście poecie, gdy obaj byli o cztery lata młodsi, przed rewolucją jeszcze. W tym samym czasie ich jednolatek16 Seweryn Goszczyński w Mochnackim, autorze kilkunastu artykułów o li­teraturze, uznawał pisarza, który „dziś najpiękniej ze wszystkich żyjących Polaków pisze po polsku”, ten zaś znajdował arcydzieła w Zamku kaniowskim tegoż Goszczyńskiego, w Marii Antoniego Malczewskiego („po wszystkie czasy będzie najświetniej­szym naszej literatury zaszczytem”), a w przełomie romantycznym i w nowej szkole poetyckiej, której ci trzej byli zwiastunami, widział prawdziwy początek polskiej literatury narodowej. Było to poko­lenie, które poznało się na sobie. Zrozumiało, jak bardzo jest utalentowane, i pojęło misję, jaka na nim ciąży. Fenomen romantyczny jest w istocie fenomenem samoświadomości. Nigdy przedtem i ni­gdy potem narody nie wiedziały równie jasno, czego chcą i do czego dążą. „Narody” — powiadamy, ma­jąc na myśli ich polityczne i intelektualne elity. Powiadamy o elitach „narody”, bowiem określone wtedy cele, zapisane mitologie i dokonane czyny uogólniły się z czasem i stały się rzeczywiście samowiedzą narodów. Pozostają nią do dziś dnia. Do dziś każda romantyczna biografia ma wartość sym­bolu i siłę mitu, choćby przez to, że powtarza się po wielekroć i organizuje regularnie, jakby nią rzą­dziła arbitralnie narzucona poetyka.

W świadomości Mochnackiego jedno zresztą wynika z drugiego: Mickiewicz według niego zja­wił się w tym, a nie w innym momencie, ponieważ miał misję do spełnienia; był potrzebny. Daleko jeszcze jesteśmy od teorii Hipolita Taine’a o natu­ralnym doborze talentów, które zjawiają się wtedy, gdy już w stosunkach społecznych, w usposobieniu powszechnym wszystko gotowe jest na ich zjawie­nie się i przyjęcie. Mochnacki jest wychowankiem Oświecenia. Wpojone miał przekonanie o organicz­nej jedności wszystkich sfer życia narodowego. Mu­siał nastąpić ruch w literaturze, skoro odbywał się ruch w polityce; ten ostatni miał cel najwyższy do spełnienia: wyzwolenie narodu, triumfalne wznie­sienie się na historyczną wyżynę. W literaturze tedy musiało się stać to samo. Dążąc do rewolucji, naród spełniał swe historyczne arcydzieło. Nadszedł tedy czas na arcydzieła literatury. Naród zdolny do wydawania politycznych bohaterów, takich jak Łukasiński, Tomasz Zan czy Piotr Wysocki, musiał być zdolny do wydawania bohaterów literatury. Każdy z dwudziestolatków biorący wówczas pióro do ręki lub przystępujący do patriotycznego sprzysiężenia czuł, że w jednej lub w drugiej sferze, w twórczości lub w działaniu, zaczyna grę o naj­wyższą stawkę, to znaczy o nieśmiertelność. Histo­ria pokazała, że nie były to czcze urojenia.