Nie wyobrażajmy sobie jednak, że byli wybrań­cami losu, że historia ujawniła im swe zamiary, po­dając gotowe formy wyrazu artystycznego i sposo­by działania politycznego; nie wyobrażajmy sobie, że uniknęli oni uwikłania w sprzeczności ideowe, w rozterki, w pokusy życia łatwego i że wokół sie­bie mieli atmosferę na tyle czystą, na tyle jasną i na tyle niedwuznaczną, iż wybór partii życiowej nie nastręczył im żadnych trudności. Biografowie pisarzy i działaczy politycznych pokolenia romantycznego zwykli idealizować ówczesną sytuację w Polsce porozbiorowej. Zdawałoby się, że piękną rzeczą było wzrastać w kraju, w którym świeże by­ły jeszcze tradycje Sejmu Czteroletniego, insurek­cji kościuszkowskiej, legionów Dąbrowskiego, epo­pei napoleońskiej. Staszic17, Niemcewicz18, Kniaziewicz, Pac, Małachowski, Zajączek chodzili po uli­cach Warszawy, zajmowali stanowiska w rządzie, pisali książki, wygłaszali odczyty, zasiadali w sej­mie. W Polsce, która już miała za sobą doświadczenia rozbiorów, okupacji i powstań, która już by­ła konstytucyjna i narodowa, która żyła już pełnią społecznej i politycznej problematyki dziewiętna­stego wieku, złączona jednym rytmem z całą libe­ralną Europą, w Polsce, w której już rysowały się pierwsze wizje socjalizmu i internacjonalizmu, która już była nowoczesna, żyły jeszcze tradycje przedrozbiorowe, z czasów królewskich, z czasów „rzeczypospolitej obojga narodów”. To pokolenie wypływając na szerokie wody historyczne widziało jeszcze brzeg macierzysty. Przekonane, że historię narodu, ustrój jego i kulturę tworzy na nowo, od­czuwało jeszcze organiczne związki z jego przeszło­ścią; Polska była dla nich całością kulturową. Uczy­li się polityki od Kazimierza Wielkiego i od Jana Zamoyskiego, uczyli się sztuki wojennej od Żół­kiewskiego i Czarnieckiego, a stylu od Łukasza Gór­nickiego i Piotra Skargi. Te nazwiska nie były dla nich tylko rewindykacjami historycznymi, nie miały dla nich nic z mniej lub więcej ciekawych zabyt­ków historycznych, nic z „klasyków”, były żywe, tak jak kontusz, karabela i konfederatka nie były muzealnymi przedmiotami, lecz zwykłym strojem noszonym jeszcze przez prowincjonalnych szlachciurów; tak jak dawne urzędy i tytuły szlacheckie, i wszystkie fumy szlacheckie, i polskie cnoty, i przy­wary, niezmienne od czasów Reja, i wszystkie pro­blemy polskie tylekroć piętnowane przez publicy­stów, od Złotego Wieku zygmuntowskiego do stanisławowskiego Oświecenia, i wszystko, wszystko, co stanowiło dawną Polskę, nadal tworzyło rzeczywi­stość naoczną, namacalną, uroczą i straszną. Poko­lenie romantyczne żyło na przełęczy wieków, kro­czyło po moście między nowymi a dawnymi laty. Nie wyobrażajmy sobie jednak, że przeszłość i przyszłość oglądane z takiej przełęczy są piękne i wzniosłe. Nie. Odwrotnie: pokolenie romantyczne miało szczęście i nieszczęście oglądać dawną tra­dycję w karykaturze, a przyszłość w kształtach tak dziecinnych, niedojrzałych, do jakich stworze­nia samo było zdolne.

Dawna Polska ukazywała mu się w karykatu­rze, ponieważ była stara, starcza. Królestwo Kon­gresowe było widownią niebywałych upadków moralnych. Generał Zajączek, bohater legionów Dąb­rowskiego, był cesarskim namiestnikiem, płaszczył się przed wielkim księciem Konstantym, kierował ściganiem związków patriotycznych, przykładał się do wysokich wyroków, utwierdzał reżim tajnej po­licji i cenzury. Dyrektorem policji był generał Rożniecki, jeden z najlepszych oficerów Księstwa War­szawskiego; w czasach Królestwa Kongresowego ustanowił w Warszawie system donosicielstwa i szpiegostwa, wsławił się brudnymi aferami szan­tażowymi w stosunku do kupców i rzemieślników, których terroryzował przy pomocy zaufanych agen­tów werbowanych ze sfer przestępczych. Naczelni­kiem cenzury, urzędu wszechwładnego w dziedzi­nie publikacji, widowisk, a nawet wykładów uni­wersyteckich, był Józef Kalasanty Szaniawski, by­ły jakobin z czasów Sejmu Czteroletniego. Królestwo było państwem szalenie zbiurokratyzowa­nym. W stolicy trwała zacięta walka o urzędy, a po­legała ona oczywiście na prześciganiu się w służalstwie. Im kto wspanialszą miał przeszłość za so­bą, im kto był bardziej skompromitowany politycz­nie przez sprzyjanie Napoleonowi lub przez udział w wojnie przeciw Rosji czy w insurekcji, tym gor­liwiej teraz dowodził swej wierności dla dynastii Romanowów i dla zasad, na których wspierała się władza cesarza Rosji, a króla Polski. Autonomia Królestwa i jego konstytucyjny ustrój były farsą ponurą i krwawą. Atmosfera „Salonu Warszaw­skiego” z trzeciej części Dziadów, genialnie uchwy­cona przez Mickiewicza, choć ją znał tylko z opo­wiadań, panowała przez całe piętnastolecie tej ka­rykaturalnej państwowości polskiej.

Młodzieńcy, którzy dojrzewali w tej atmosfe­rze, musieli raz po raz zadawać sobie pytanie: czy Polska umarła bezpowrotnie, czy też teraz dopiero żyć zaczyna? Czy naród polski zeszedł z widowni historycznej bezpowrotnie razem z rzecząpospolitą szlachecką, czy też teraz dopiero, po unicestwieniu anachronicznych form ustrojowych, które go krę­powały, powstaje do swego prawdziwego życia, „... nasz naród jak lawa — mówi Wysocki w »Salo­nie Warszawskim«. — Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa. Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi! Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”. To przekonanie wcale nie przychodziło łatwo młodzieńcom, którzy patrzyli na entuzjastycz­ne przywitanie cara Aleksandra, gdy przybył koro­nować się w Warszawie, którzy potem podobne hoł­dy oglądali przy okazji otwarcia każdego sejmu, którzy wreszcie widzieli Warszawę pijaną i wiernopoddańczą w dniach koronacji następnego z kolei „króla konstytucyjnego” — Mikołaja I, co do którego intencji już nikt nie mógł mieć żadnych wąt­pliwości. Doprawdy, nietrudno było wtedy zwątpić w to, czy Polacy chcą jeszcze wolności.

Toteż rozgrywały się na tym tle ogromne dra­maty. Jak wiadomo, podczas uroczystości korona­cyjnych Mikołaja zawiązał się wśród garstki studentów i oficerów spisek na życie cara i jego ro­dziny. Spełzł zresztą na niczym i nawet policja nie wpadła na jego trop. Duszą spisku był Adam Gurowski, chłopak wówczas bardzo młody, ze znako­mitej, kasztelańskiej rodziny, przejęty do głębi ideałami międzynarodowego węglarstwa, trochę demagog, trochę szaleniec; skrajny radykał w kwestiach społecznych, uwolnił chłopów z poddaństwa w swoich dobrach, głosił plan powstania ludowego i zbratania z Rosjanami na płaszczyźnie wspólnych dążeń liberalnych. Od spisku umknął zresztą w de­cydującej chwili, zupełnie jak Kordian w dra­macie Słowackiego, osnutym wokół tych właśnie wydarzeń. Podczas powstania listopadowego od­grywał ważną rolę w stolicy jako mówca i publicy­sta Towarzystwa Patriotycznego, które na wzór ja­kobińskich klubów obradowało publicznie w redu­towych salach teatru na placu Krasińskich. Wcze­śnie zresztą, zdaje się, stracił wiarę w powodzenie walki powstańczej, bo nie czekając rozstrzygnięcia wojny wyjechał do Paryża; tam nawiązał ścisłe kontakty z konspiracją węglarską i został nawet przez policję francuską aresztowany. On to był jed­nym z założycieli Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, pierwszej partii polskiej głoszącej ha­sła socjalistyczne, a sprawę powszechnego wyzwo­lenia ludów kładącej nad odzyskanie wolności poli­tycznej dla narodu polskiego. W trzy zaledwie lata po upadku powstania Gurowski jednakże zerwał ze wszystkimi grupami emigracyjnymi, ukorzył się przed carem, uznał polskie dążenia wolnościowe za mrzonki, w broszurach pisanych po francusku, a publikowanych w Wiedniu i w Paryżu, ogłosił Polskę trupem politycznym i narodowym, stwier­dził, że jedyną możliwością życia dla niej jest ce­sarstwo rosyjskie, jako unia wszystkich Słowian... Uzyskał amnestię, powrócił do Warszawy, ofiaro­wał policji usługi w wykrywaniu patriotów, prze­żył tu parę lat w osamotnieniu i wzgardzie po­wszechnej, opuszczony nawet przez władze rosyj­skie, które mu nie dowierzały. W końcu zdołał wy­jechać za granicę, do Stanów Zjednoczonych Ame­ryki, gdzie przez długie lata pełnił rolę totumfac­kiego tamtejszej ambasady rosyjskiej, składając memoriały i donosy, m. in. nawet na Karola Marksa.

Różnie komentowano zdradę Gurowskiego. Jed­ni mieli go po prostu za wariata, inni przypisywali jego postępowanie urażonej ambicji, inni znów do­patrywali się pobudek ściśle osobistych. Mniejsza o to, jaka okoliczność była akuszerką myśli o od­stępstwie; w duszach młodych zapaleńców myśl ta zalęgła się pod wpływem tak ogromnych zdrad, ja­kie od dzieciństwa obserwowali wokoło. Miłość do narodu polskiego, odziedziczona po poprzednich po­koleniach, podsycana bohaterskimi legendami o bo­haterach niedawnych wydarzeń, raz po raz była zakłócana nienawiścią, gdy owi bohaterowie sprze­dawali się za order, urząd lub majątek.

Kordian opuszczony przez wszystkich, zdany tylko na łaskę lub niełaskę cara, tak mówi o Pola­kach:

Niech się rojami podli ludzie plemią

I niechaj plwają na matkę nieżywą;

Nie będę z nimi! — Niechaj z ludzkich stadeł

Rodzą się ludziom przeciwne istoty