my presence shall go with thee2. Zaiste,

nieoswojone są tylko te chwile nad ranem,

kiedy zamiera śmiech i dogorywają gry, wywrotowe

zabawy — chińczyk na planszy od węży i drabin

jak na ironię serio. I pamiętam biel soli

na ustach, poranne pragnienie i brak uzmysłowiony,

który uświadomiony staje się sekretem

jak tamten nocny motyl, ćma wielkości dłoni dziecka,

jakby z barwnego zamszu, kropka postawiona po nocy —

emblemat snu, albo magiczny inicjał