— Wy z partii? A skąd pieniądze? A paszporty? Ruki wwierch!49

Czego głupi chcieli? Wyjma jeden rewolwer. Postrzeliliśmy obu na śmierć. Damy z koni pospadały. Obławę potem robili na nas w całej okolicy. Siedzieliśmy w lesie przez tydzień i mało co z głodu nie zmarli.

— No — i co dalej? Ino, widzicie, nie łżyjcie, bo i po co?

— Ja nigdy nie kłamię, chyba jak trzeba, a tu przecie nie mam żadnej potrzeby.

— Dla samochwalstwa inszy łże, abo i sam nie wie po co...

— Ja nie taki. Zresztą o tym pisali po gazetach...

— I przez tych oficerów wy się wsypali?

— Dwu znaleźli u chłopa. Te damy ich zaraz poznały, bo wszędzie jeździły konno za sołdatami, a ja byłem osobno. Potem mnie zabrali na stacji, stamtąd dość daleko, alem zawczasu rewolwer porzucił, a paszport miałem w porządku. A te damy mnie nie poznały. Pokazywali nas potem wszystkim Żydom pogorzelcom, żaden się nie przyznał. Pobrali i trochę Żydów do kozy, ale puścili.

Zabawiły takie opowiadania Kiełzę na dobre parę godzin. Całkiem zapomniał o swoim losie, tak już ten młodziak był niezwyczajny i te jego przygody, a najdziwniejsze z tego było to, że ani do żadnej partii nie należał, ani bandytą nie był, ani bojowcem, co na własną rękę chodzi — ino po prostu nie wiadomo kto. Rozum miał jak na młodego taki, co na wszystko odpowiedź znajdzie. Tylko nad tym można myśleć tak długo, jak się chce, a niczego człowiek nie dojdzie. Przytwierdzić mu trza było we wszystkim, choć były te jego racje całkiem do niczego niepodobne.

— A teraz, dobrze: puszczą was i co dalej?