— To jest tylko przezwisko „bandyta”, a w rzeczy samej... Et, co tu gadać. Wy swoje, a inny swoje. Prosty bandyta więcej pożytku przynosi, niż taki sobie socjalista, co się cudzego boi tknąć, ani tego bogatego potrącić... Socjaliści myślą, że tak właśnie dobrze, bo tak Bóg przykazał. Przesądy! Ale już ludzie do rozumu przychodzą! Idzie nowy czas! Idzie wielka rewolucja i cały świat się zatrzęsie! Wszystko, co jest, będzie zburzone! Połowa ludzi wyginie — ale reszta będzie żyła szczęśliwie! Tak będzie!
Gdy to mówił, oczy mu się mieniły. Blakły i ciemniały, otwierały się w nich jakiesi głębie i patrzały te oczy tak strasznie, że Wojtka przeszedł dreszcz.
Ale już po chwili uspokajały się oczy, patrzały dobrze, niewinnie, całkiem po dziecinnemu, tak, że każdy by przysiągł, że muchy nie ukrzywdzi człowiek, co tak patrzy. Wojtek zapadł w milczenie.
Odeszła go ciekawość do młodego cudaka, przypomniał sobie swoją dolę i zapragnął gwałtownie spać. Już się układał, kiedy nagle ocuciło go niespodziewane uczucie jakiejś radości. Coś się stało dobrego, albo się też ma stać, ale zaraz. Co takiego?
Jakiś wielki kłopot spadł z głowy, znalazło się cudem jakieś wyjście z ciasnego miejsca, jak z tej pułapki. Co takiego? Tyli czas dźwigał tę troskę, a teraz ulga. No i cóż to takiego jest? Już wiedział i usiadł na łóżku.
— Posłuchajcieże, człeku nieznajomy, bo nie wiem, jak was zwać?...
— Moje nazwisko jest Gryziak, jeżeli to wam potrzebne.
— Na nic mi niepotrzebne wasze nazwisko, ino wy sami. Ale naprzód powiadajcie, czyli wy wiary komu dotrzymacie? Wszystko u was za nic, więc nie wiem. Jak was ktoś w godzinę śmierci o co poprosi, to czy zrobicie uczciwie? Czy dotrzymacie? U nas się mówi na honor, na słowo, na uczciwość, ale jak tu z wami?
— Jak? Gadajcie prosto, po ludzku, czego chcecie? Nigdy jeszcze nikogo nie oszukałem, chyba tego żandarma albo szpicla. Co wam zrobić? Na wolności co zrobić, do waszych pójść, czy list zanieść? Zrobię, co będzie trzeba...
— Ino to baczcie, że człowiek do was gada na tym progu śmierci!