Milczący dotychczas „Kanarek” wystąpił z wnioskiem formalnym: urządzić w najbliższych dniach szereg napadów w różnych stronach żydowskiej dzielnicy dla ożywienia podupadającego interesu. Broń można wynająć.
Ale na to nikt jakoś nie miał prawdziwej ochoty. Takie były czasy.
Dopieroż zaczął gadać sam „Sędzia”. Właściwie nie gadał, ale krzyczał, aż dzieci, śpiące w betach pod ścianami, pobudziły się i zaczęły piszczeć, aż sparaliżowana i konająca od dziesięciu lat sędziwa matka „Krawca”, w którego mieszkaniu odbywała się narada, zaczęła jęczeć i zawodzić trupim głosem:
— Aj, złodzieje! Aj, wy zbóje! Że też was jeszcze trąd nie poraził! Że też mnie nieszczęśliwej Bóg odjął ręce i nogi! Że ja, nieszczęsna, nie mogę pójść i wydać was policji, żeby was wszystkich raz powiesili! Aj, zbóje, aj, złodzieje!
Wszyscy pospuszczali oczy i siedzieli cicho, słuchając ze wstydem strasznych słów prawdy, których im nie szczędził przewodniczący.
—...Co wy jesteście za jedni? Kapcany, tchórze, kombinatorzy! Zwyczajny złodziej ma więcej honoru i odwagi, niż każdy z was! Hańbę przynosicie wielkiej sprawie! Hańba starej organizacji „Ręki sprawiedliwości”, której założenie kosztowało tyle krwi i ofiar! Na to bohaterską śmiercią zginęli: „Kot”, „Rasznik”, „Mykwa” i wielki nasz założyciel, bohater nad bohaterami, nasz kochany Luzer, żebyście wy, śmierdzące.... zarabiali na tej ich świętej pamięci i nic od siebie nie robili dla sprawy? Długo ja patrzę na was, łachmyty jedne, i nic nie mówię! Długo ja czekałem na poprawę cierpliwie, jak ten ojciec. Ale teraz niech tego będzie dosyć! Ja wiem, co każdy z was sobie myślał: on sobie myślał, że „Sędzia” też taki sam, że „Sędzia” na wszystko pozwala, że „Sędzia” już się boi wziąć do ręki brauning i że chce tylko pieniądze wyciskać z tej burżuazji i że te pieniądze on odkłada i niedługo własny interes założy. Podłe tchórze! Ty się nie uśmiechaj, „Igła”, i nie myśl sobie, że to tylko gadanie dlatego, że w ten tydzień było mało obrotu! Ty, „Igła”, sobie przypomnij, co się stało w biały dzień z „Tramwajarzem”, który mnie, jako naczelnika, nie uszanował! Ty, „Koń”, wiem, co zamyślasz: ty chcesz po cichu wycofać się z interesu i założyć do spółki ze szwagrem handel za uzbierane pieniądze i za te, coś je ukradł partii, pomimo przysięgi, że będziesz wszystko oddawał do równego działu. Ale od nas się tak łatwo nie odchodzi, a jak kto tak myśli, niech sobie przypomni pewne rzeczy!
I ja wam radzę jeszcze po dobroci — przypomnijcie wy sobie, co było! Tutaj gada dzisiaj jeden za drugim: nie te czasy?! Dlaczego?
Głupie tchórze! Teraz dopiero idą dla was prawdziwe czasy! Teraz nasza rzecz pokazać światu, co znaczą komuniści! Ale wy nic nie rozumiecie. Może ty rozumiesz? Gadaj, „Stójkowy”! Dlaczego według ciebie teraz już nie można robić dużych interesów? Gadaj — ja tobie każę!
— Ty się nie gniewaj, „Sędzia”, ale wszyscy mówią, że rewolucja już skończona.
— A co to znaczy?