„Sędzia” machnął ręką.

Westchnęli wszyscy nad stratą dobrego kolegi i radzili dalej. Przewodniczący, drab z targu na Gęsiej ulicy, wymyślał wszystkim za niedołęstwo, bo przy podziale wypadło na każdego po niecałe pięć rubli.

— Słyszane te rzeczy? Czy wy macie sumienie? Łajdaki z was, a nie komuniści! Co wy robicie przez cały tydzień? Niewarci jesteście należeć do porządnej organizacji!

— Ty się nie gniewaj, „Sędzia”, tylko zrozum, że nie te czasy. Teraz nie można zrobić komuny na pięćset rubli, a prócz tego obstalować na następny dzień u tego samego burżuja obiad z gęsiną i zjeść go spokojnie, a potem jeszcze tańcować. Spróbuj no sam! Na takie interesy jest za późno.

— Ja od was nie żądam po pięćset rubli, tylko żebyście pilnowali swoich małych interesów. Takie interesy powinny iść, jak zegarek!

— Zegarek też trzeba czasami nakręcić — rzekł „Stójkowy”.

— Mądre słowo! — pochwalił „Krawiec”.

— Mądra rada — zauważył „Szpilka” — ale kto jego nakręci? Broni nie mamy, ludzi do strzelania też, a tu wzięli jeszcze „Kamienicę” w taki zły czas.

— „Kamienica” by potrafił, to był porządny bojowiec, ze starych... Nas się już coraz mniej boją. Powiedzmy sobie prawdę: nas się już prawie całkiem nie boją. Nie każdy umie się tak postawić, jak „Sędzia”.

— U mnie na Grzybowskiej wyraźnie mówią: za co my mamy płacić podatek, kiedy już sześć tygodni, jak nie było żadnego napadu? Powiadają: już po rewolucji! Zmądrzały wszystkie naraz!