— Ano do tej, co jest. Jedna jest koło nas.

— Jest naprzód Sierbienicka partia — tam ja nie pojadę, żebyście mi sto rubli tu na stole położyli, a jest jeszcze w Lucieniu w cukrowni, o trzy mile w drugą stronę, i jeszcze jest w Młynach, tylko że tam już daleko za rzeką, inna gubernia.

— A która mocniejsza, w której więcej ludzi?...

— Teraz to chyba w cukrowni, wprzód była w Sierbienicach duża siła, ale ich strasznie zjadło po tym zamachu... Tam ja jechać nie mogę, widzicie, bo był taki wypadek...

— Jedziem do cukrowni. A wiecie, do kogo tam pójść?...

— Ohoho!

Pojechali.

Cukrownia „Lueień” stała o niecałe trzy mile od miasteczka. O tej porze była tam kampania w całej pełni. O zmierzchu po cichu zajechali. Figiszewski został przy koniach, a Knoblak poszedł na zwiady. Po półgodzinie przyszło z nim dwu ludzi i zaczęto gadać. Partyjnym interes się bardzo spodobał. Figiszewski, chcąc okazać swoje wyrobienie, nie mówił inaczej, jeno za każdym razem: „Szanowna polska partia”, albo „szanowne panowie z polskiej partii”, co się towarzyszom, owszem, podobało. Knoblak był niezwykle czynny, wychwalał męstwo partii, zachwalał towar, uwijał się i bajcował, zwyczajnie, jak faktor.

Partyjni pogadali, pogadali i poszli się naradzić ze swoimi.

Walczak strasznie się palił do interesu. Niezmiernie mu się spodobało cudowne odzyskanie takiej rzeczy. Wyszle59 się człowieka do Warszawy — pójdzie na biuro i powie: przywiozłem to i to! Dopieroż będzie radość! Sami towarzysze z centralnego komitetu powiedzą: morowe są te chłopy z Lucienia! Na to pieniędzy nie ma co żałować. Leży u nas 250 rubli z monopolów, jest z czego zapłacić. Jeszcze ta bomba posłuży! Może to dlatego tak się jakoś zrobiło cicho, że o takie rzeczy teraz trudno? A w jakiś czas gruchnie znowu — a my będziem wiedzieli, że to ona, ta nasza!