Sytuacja ta ustaliła się na dobre, przyzwyczaili się do niej wszyscy i zamożność firmy „Pięciu mężnych” tudzież szlamowieckiego naczelnika straży ziemskiej wzrastały szybko. W okolicy był ład i spokój, obywatel za swój skromny (trzeba to przyznać) grosz mógł być pewnym życia i mienia. Handel i przemysł miejscowy nie doznawały uszczerbku, administracja zachowywała się taktownie... I wszystko byłoby pomyślnie, gdyby nie to, że wmieszały się do tych od dawna unormowanych stosunków żywioły, nic wspólnego nie mające z istotnymi potrzebami kraju, obce naszym bólom i nadziejom, wybuchowe i niesforne, a do gruntu zmaterializowane. Popsuli wszystko — właśnie oni, „ci — ci”, których jedynym zadaniem jest wszystko psuć, ze wszystkiego szydzić, poniewierać przeszłość, zatruwać najdroższe marzenia o przyszłości, a krwią i ohydą zapełniać bieżącą chwilę. Zdziczały proletariat pod wodzą wyuzdanych fanatyków itd., itd.

Symcha Szter, zwany przez wtajemniczonych „Mostowym”, był z zawodu zegarmistrzem, prowadził jednak prócz tego rozległe interesy z naczelnikiem straży ziemskiej, z komisarzem włościańskim i nie miał głowy ani czasu na naprawianie zegarków. Czynił to za niego ubogi kuzyn, bladolicy i suchotniczy osobnik, którego od rana do nocy można było widzieć siedzącego w oknie z lupą, założoną na oku, i pochylonego nad robotą.

Pewnego dnia Symcha pisał list następujący:

— Drogi „Sędzio”, Bądź ty zdrów i cały. Tego ci życzy stary, wierny przyjaciel „Mostowy” i nasze „Pięciu mężnych”, co z nich każdy starczy za trzydziestu pięciu. Zrobiłem, jak ty kazałeś, i wszystko jest już w porządku. Cieszę się, że jesteś w dobrym humorze i że tak dowcipnie żartujesz. Obiecujesz za przywiezienie towaru dwadzieścia pięć rubli! To już duży grosz, ale handel to jest handel.

Otóż trafia się amator, co mi za to daje sto rubli, a daje dlatego, że tyle jest dla niego warto. Dla nas to jeszcze tanio, bo było dużo kosztów i jeszcze więcej niebezpieczeństwa i zachodu. Ale nie tobie, stary przyjacielu, trzeba tłumaczyć, że sto jest zawsze trochę więcej niż dwadzieścia pięć! A przy tym przykro mi powiedzieć, że nie dostaniesz tego i za sto, bo rzecz jest już stargowana. Ty sam wiesz, że towar jest delikatny i że go nie można przetrzymywać na składzie. A nasze amatory to są też tacy ludzie, że z nimi lepiej umowy pilnować, a każdy interes prędko kończyć, bo inaczej sami biorą, a dla naszego interesu mogą stąd wypaść duże niepokoje. Jakby ci się to nie podobało, drogi przyjacielu „Sędzio”, to sobie przypomnij naszego chłopca (jego u nas nazywali „Zając”), który ci przysłał do przechowania 50 rubli, jak szedł na wysyłkę, żebyś mu te pieniądze tam przysłał, jak będzie uciekał do domu. Ty nie winien, że „Zając” w drodze umarł, ale i ja nie winien, że pieniądze, któreś mi odesłał, w drodze zginęły, pewnie wtedy, jak tamci zabrali pocztę na stacji Lasek. Ty sobie idź, „Sędzia”, na pocztę z kwitem, to tobie zwrócą, a za to już mi nie potrzebujesz tych pieniędzy odsyłać, bo ja biednej matce „Zająca” odtrącę z tych stu rubli za towar. Kłaniam się tobie i twoim dzielnym chłopcom z „Ręki sprawiedliwości”, co niech ona zawsze szeroko zagarnia, a mocno trzyma! Twój „Mostowy”.

Cały interes, o którym mowa, prowadził Figiszewski. Sprawa była delikatna, a teren niepewny, gdyż nikt z „Pięciu mężnych” nie miał jeszcze do czynienia z partyjnymi ludźmi. Wziął tedy do pomocy swojego dobrego znajomego, niejakiego Knoblaka, który do bandy nie był dopuszczony, ale wyświadczał jej dorywczo pewne usługi, za co dostawał cośkolwiek do łapy. Był to handlarz drobiem i jajami — taka była jego pozycja socjalna, ale w bandzie wiedziano, że to tylko pozór. W istocie Knoblak był złodziejem, pracującym na osobności i operującym głównie na jarmarkach i na odpustach, gdzie stoi dużo fur chłopskich bez dozoru. Przybył on skądś ze świata przed dwoma laty, a znać było po nim, że się po tym świecie otarł i wytarł. Znał się na polityce, agitował na własną rękę podczas wyborów, ciekawy był do wieców i gotów był do upadłego rozprawiać o materiach politycznych. Wiedział, gdzie są jakie partie, która lepsza, która gorsza, i nieraz na jarmarkach zawracał chłopom głowę, przemawiając o Polsce, o tych „krzywdzicielach-cudzoziemcach”, o „tej krwie niewinnej”, o wojnie japońskiej, o tym generale „Kurowskim”, co jest zawsze gotowy, i kończył stale:

— Będzie dobrze, będzie dobrze, nie bójcie się, dobrzy ludzie, ino jeszcze trochę tego, ino jeszcze aby trochę tego...

Tu robił rozmaite miny i gesty, pokazywał jak gdyby strzelanie i wojowanie, po czym, kiedy już był na niego czas, wysuwał się z tłumu, który go obstępował i słuchał z rozdziawionymi gębami, po czym zaczynał swoje w innym miejscu, zazwyczaj między furami, i sam przy tym wyłaził na furę, kiedy się zebrała większa kupa ludzi. Jego kobieta i dwaj bracia wyrostki kradli tymczasem z fur, co się dało, omal że nie w oczach zasłuchanych chłopów.

— Słuchajcie, Knoblak, pojedziemy do partii, mam interes. Ja będę robił, a wy będziecie bajcować, bo ja nie wiem; jakie tam u nich zwyczaje.

— A do jakiej to? — spytał Knoblak.