— Co? Mnie wszyscy szpicle znają! Mnie prowokatorzy znają! Wolę, niech mnie wezmą tutaj. Kiedy biorą z ulicy, zawsze biją!
— Może by pójść do ochrany i pogadać? Da pan pięćdziesiąt rubli i będzie na jakiś czas spokój — niech taki łotr przyjdzie sam i wybierze towarem, zyska pan 40%.
— Co? I wezmą mnie jeszcze za szpicla! Którykolwiek z ich bojowców, co się teraz włóczą luzem po ulicy, wsadzi mi kulę w łeb i już. Czy to teraz jest co pewnego na świecie? Okropność!... O, czasy, czasy! Panno Zofio, ja chyba dzisiaj już zwariuję!
Panna Zofia ze smutkiem przyznawała mu w duchu rację.
A Weszycki chodził po mieście, szukając swojej partii. Liczył na traf, że spotka kogo z niewielu znajomych na ulicy. Ale spotkał tylko kilka razy w różnych miejscach gromadki ludzi, pędzonych pod konwojem do ratusza. Trafiał na rewizje uliczne. Raz widział, jak dwu porządnie ubranych panów ni stąd, ni zowąd, wzięło trzeciego porządnie ubranego pana pod pachy i wciągnęli go do dorożki. Dwa razy zaczepił go patrol policyjny i oglądał jego paszport. Wreszcie poszedł na koniec miasta, do jednej fabryki, gdzie raz podczas dni wolnościowych był na wiecu. — Może tam mnie który pozna? — myślał.
Ale portier go nie wpuścił. Weszycki pamiętał doskonale tego portiera z wiecu. Wpuszczał wówczas każdego, kto chciał, i czynił jak gdyby honory domu.
— Ja mam strasznie ważny interes! Przyjechałem z daleka... Ja was, towarzyszu, znam; pamiętacie, tu był wiec, ja sam też przemawiałem. Był wtedy towarzysz Sokół, Michał, Wojciech, towarzyszka Łucja, Lucyna...
— Ani ja panu nie towarzysz, ani ja jakich partyjnych znam. Dużo tu bywało wieców, ale się już dawno, Bogu dziękować, skończyły. Tu w fabryce nikogo pan nie znajdziesz — tu ludzie pracują, tu nie ma żadnego z partii.
— Co? Cała ta fabryka była nasza!
— Była, była, czego tam nie było... Rządził, kto chciał, a teraz znów porządek nastał. Nic ja panu nie pomogę...