— Pokażcie mi choć jednego z komitetu fabrycznego, o nic mi więcej nie chodzi. Zostawię wam tu sto rubli zastawu — na dowód, żem nie szpicel. Poratujcież mnie, człowieku!
— Schowaj pan swoje sto rubli! Komitet fabryczny?
— Ten, co rządzi w fabryce.
— To idź pan przez podwórze, zaraz za kotłownią stoi napis „Kantor”. Tam siedzi dyrektor i urzędnicy. Tam jest zarząd.
Chodził Weszycki pod fabryką do południa. Kiedy po gwizdku zaczęli się ludzie wysypywać przez bramę, wmieszał się w tłum i rozglądał się bacznie i nadsłuchiwał. Ale robotnicy się śpieszyli, nie usłyszał ani jednego takiego słowa, z którego by mógł wymiarkować, że należą do partii. Zaczepił wreszcie jednego na chybił trafił. Opowiedział mu swoje troski, a gadał szczerze, żeby od razu było znać, że jest swój i porządny.
— Ja, widzicie, do żadnej partii nigdy nie należałem, ale różnych znam, mogę powiedzieć. A wy czyj jesteście?
— Z PPS.
— Jak to?
— No tak.
— A z której?