— Ze zwyczajnej. Z polskiej partii!
— No, no. Przecie jest lewica, jest prawica. Jakże wy tego nie wiedzieli?
Weszycki nic nie rozumiał.
— Ej, taki z was pepeesowiec, jeżeli wy tego nie miarkujecie.
— Nic a nic nie rozumiem.
— Widzicie — był rozłam, czyli są teraz dwie partie, co się ze sobą żrą. jeszcze lepiej, niż dawniej z esdekami... A starej partii już nie ma.
— Starej partii nie ma?
— Oho — już więcej, niż cztery miesiące. Wy chyba, bez waszej urazy, w żadnej partii nie byli, kiedy tego nie wiecie.
Drugi robociarz, który stanął przy nich tymczasem, odciągnął tamtego i rzekł do niego głośno, obrzucając Weszyckiego brzydkim spojrzeniem:
— Chodź na obiad — ochota ci z takim gadać! Chce mu się szpiclować, a od pierwszego słowa znać, że nawet niepodobny na człowieka. „Swołocz!” Będzie tu jeszcze wystawał, to go tu galop urządzą...