— Aha, dopiero co w portierni gadali, że za wykrycie komitetu sto rubli na stół kładł...
— Naprawdę?
— Stary gadał dopiero co.
— Huzia! Huzia go!
— Huzia szpicla!
Weszyckiego ogłuszyły wrzaski i gwizdanie. Zdawało mu się przez chwilę, że to sen. Osłupiał i wodził po ludziach błędnymi oczami. — Towarzysze! — wołał — towarzysze, opamiętajcie się! — Ale nikt go ani słuchał, ani mógł słyszeć wśród powszechnego gwałtu. Ktoś go zajechał pięścią w kark, ktoś go potężnie kopnął z tyłu, i Weszycki wypadł z gromady. Uciekał nie ze strachu, ale przed tą hańbą publiczną, przed swoją krwawą krzywdą. Pod ziemię by się skrył, życie by sobie odebrał. Biegł, jak szalony, skręcił zaraz za pierwszy róg i śpieszył się, sam nie wiedząc, do czego. Spotkawszy pierwszą wolną dorożkę, wsiadł i pojechał do miasta, nie wiedząc zupełnie, co ze sobą robić dalej.
Uciekł Weszycki i dobrze zrobił, albowiem towarzysz „Wariat” z frakcji i towarzysz „Rozważny” z lewicy już zdążyli wydobyć maszyny, schowane u jednego palacza pod kotłem, i lecieli na łeb na szyję „robić” szpicla. Wypadli za bramę, pobiegli w jedną stronę, w drugą stronę, ale już nie znaleźli nikogo.
Weszyckiemu zdawało się, że zwariował. Miał nieprzeparte pragnienie pojechać prosto na stację i wracać zaraz do domu, zostawiwszy wszystko u wuja na boskiej łasce. Niech się dzieje, co chce! Partii nie ma! Jest tylko jakaś „lewica” i jakaś „prawica”. A partii dawnej nie ma, tej ogromnej i mocnej, starej i wypróbowanej polskiej partii. Gdzie się wszystko podziało przez niecałe pięć miesięcy? I wydało się towarzyszowi Weszyckiemu, że odeszło od niego w jednej chwili co najmniej pół wiary we wszystko, w co wierzył do tego czasu.
A jego wzięli za szpicla! Nie chcieli nawet chwili pogadać z nim cierpliwie! Nie wzięli nic na rozum! Robotnik warszawski jest najpierwszy w całej Polsce — tak gadają u nas i wierzą w to ciemne ludzie... Znam ja teraz to warszawskie uświadomienie... Nie wiedziałem tego — teraz wiem.
O wielu rzeczach nie wiedział jeszcze towarzysz Weszycki. Zapomniała partia o jego okolicy i od długiego czasu nic do nich nie dochodziło. Tymczasem niemiłosierna wskazówka doszła do swojego miejsca na gdzieś tam zawieszonym w niebie czy w piekle zegarze dziejów. Nie usłyszał nikt, kiedy wybiła ponad ludzkimi sprawami fatalna godzina. Dopiero potem, później, kiedyś, jakiegoś dnia poczuł każdy, że zabrakło mu jakby powietrza.