— Duszny dzień — mówili sobie ludzie. Aleć nazajutrz i za tydzień męczyły się piersi w tym złym oddychaniu. Czekali ludzie, czekali, a robili to, co zawsze. To wiodło się, to się nie wiodło, było raz pięknie, raz brzydko, bywał dzień pożyteczny i dzień szkodliwy, było i dobre i złe, jak to w życiu.

Zatracili się ludzie pod nawałą drobnych prac i codziennych wydarzeń. Aż zaczęli spostrzegać, że wciąż jeszcze na coś czekają, przypomnieli sobie, że już długo czekają i zauważyli wreszcie ten czas upływający. — No i teraz? — No i co? — pytał jeden drugiego.

Pytali się, radzili, dumali. Kłóciły się ze sobą gromady ludzi to o jedno, to o drugie, to o trzecie. Nikt nie był winien przegranej, bo każdy był jednakowo winien. Każdy miał słuszność, bo każdy się bodaj raz na dzień omylił.


Kiedy się Weszycki pokazał u wuja, był tak strapiony, że stary sklepikarz wystraszył się nie na żarty.

— Co ci to, chłopcze?

Weszycki nie mógł nawet opowiedzieć o swoich nieszczęściach. I nie chciał, i nie mógł. Zjadł obiad i z rozpaczy położył się spać. Ale zerwał się po kwadransie i wszedł do sklepu.

— Widzi wuj — wszystkich moich znajomych wybrali. Nijak nie mogę się dostać do partii. A tu jeszcze coś się w partii pokręciło — słyszałem, że starej partii już nie ma. Czy to prawda?

— Co? To ty o tym nie wiesz?!

— A wuj to wie?