Przedstawienie się już zaczęło, widać wiedzą, że przyjedzie na drugi albo trzeci akt. Co to dziś grają? A może przed zamkiem, jak będzie wracał. Ale po co taka tualeta5?
Po chwili wrócił ze schodów. Już go odpadła ciekawość.
To, co miało niebawem nastąpić, wydało mu się zupełnie zwyczajnym. Przeczytam jutro w „Kurierze Porannym”, powiedział sobie z całym rozsądkiem.
Natomiast w momencie, który przeżył przed chwilą, spostrzegł coś niezmiernie ciekawego, co potwierdziło pewną jego własną, a nową teoryjkę. Zasiadł przy biurku i gwałtownie maczał pióro w kałamarzu, chcąc schwycić na gorącym uczynku przesubtelny moment wrażenia. Panował tam jakiś wielki, przeogromny wstyd, nielogiczny i niczym nieumotywowany, a wyraźny i niezbity. Wstyd ten już się gdzieś zupełnie podział, bez śladu. Wszelako zjawisko to należało utrwalić.
Toteż utrwalał je doktór w urywanych zdaniach, gdzie nie było podmiotu ani orzeczenia, za to bez liku wykrzykników, znaków zapytania i podkreśleń. Wkrótce jednak zerwał się i głośno zawołał, obróciwszy się ku drzwiom, którymi wyszła Kama: „Śmierci nie ma, rozumiecie? Nie-ma!”
Tu przekonał się dopiero, że to ta właśnie sprawa, której nieistnienia dowiódł sobie w tak niezbity sposób (późno, ale gruntownie!), zaprzątała jego myśli, wodziła go po manowcach, dręczyła podczas pobytu w jego sąsiedztwie śmiercionośnego narzędzia. Że to ona, kusicielka, kazała mu bez potrzeby igrać z niebezpieczeństwem i wyprawiać różne głupstwa. Tymczasem rzecz ta jest fikcją!
— Śmierci nie ma! — napisał raz jeszcze wielkimi literami i tu stało się coś dziwnego.
Usłyszał nagle stłumiony, głuchy huk, od którego zadźwięczały szyby i zadrgało światło lampy. Znikło wszystko, potem stała się mroczną pusta ulica, pośrodku w błocie, zabita i sponiewierana, w dymiących łachmanach kosztownych sukien leżała Kama. Obok jej oderwana głowa ze zmiażdżoną twarzą. Wokoło porozwłóczone resztki człowieka, który przed chwilą żył i tu z nim był przed chwilą.
Doktór rozszlochał się w strasznym, spazmatycznym, nerwowym płaczu i zaczął się tarzać i przewracać po kanapie. Uczuł wielkie osłabienie. Uczuł pustkę w głowie. Po kolei, jedno za drugim, wszystko przestawało istnieć. Zasnął twardo — po męczarniach ostatnich dni.
Na biurku jasno paliła się lampa, oświetlając kilkanaście porozrzucanych, gorączkowo zapisanych kartek, a po pokoju błądził jeszcze subtelny zapach perfum, który zostawiła po sobie towarzyszka Kama.