— To na szczęście...
— Tak się mówi, w każdym razie przepraszam.
Pocisk szybko znikł gdzieś pod żakietem, czy gdzie indziej. Może w mufce, myślał doktór, który na moment ukrywania wyszedł z pokoju.
— No, do widzenia.
— Do widzenia, doktorze, do widzenia.
Wyszła z szelestem, strojna, pachnąca jak na bal.
Doktór stanął w oknie ciemnego pokoju i ostrożnie wyjrzał przez szparę między roletą a ramą okienną.
Usłyszał głuchy dźwięk zatrzaskanych4 drzwiczek od karety. Dwa tęgie, ciemnej maści konie porwały się z miejsca. Na koźle furman i lokaj w sutych kołnierzach futrzanych i w cylindrach.
Pojechali.
Psychiatra zaczął się na gwałt ubierać. Chciał jechać natychmiast na plac Teatralny, bo wydawało mu się, że to ma być przed gmachem Teatru Wielkiego.