— Musicie przez chwilę odpocząć. Wszystko to bardzo dobrze, ale dla samego powodzenia...

— Nie wiem, o co wam chodzi, widzicie, śpieszy mi się... Dajcie mi tylko szklankę wody...

Po chwili doktór wrócił ze szklanką wody, którą postawił na bocznym stoliczku.

— Szklankę wody, owszem, ale ta wasza woda warszawska... trzeba koniecznie coś dla smaku...

— Dajcie no pokój! Nie wierzę ja, doktorze, w wasze proszki.

— Proszki, proszki... — mruczał doktór, krzątając się w swojej apteczce.

— Jeżeli wy każecie ludziom wierzyć w owe pigułki, którymi trujecie waszego chorego, co mu na imię carat, to i wy uwierzcie w mój proszek. Ja, towarzyszko, nie mam ambicji uzdrawiania chorób społecznych za pomocą bomb, choćby w futerałach z jasnej skóry, ale na ludzkich przypadłościach się znam, od tego jestem. Jak to w ewangelii? Pijcie, rączyny się wam trzęsą.

— Wypiję, jeżeli nie zanadto obrzydliwe... Tyle wam ustąpię dla świętego spokoju.

— Bez smaku...

Wypiła duszkiem, ale postawiła szklankę za mocno, gdyż szkło dźwiękło i rozsypało się po biurku.