— A gdzie?
Ale Weszycki się uparł, że on sam zaniesie. Chodziło mu o to, żeby się wuj nie domyślił czego, bo dobry on był, że lepiej nie trzeba, ale takiej rzeczy by mu nigdy nie darował. Towarzysz był zły, i Weszycki go bardzo przepraszał, ale przy swoim obstawał.
— No, na upór nie ma lekarstwa, może was inni przekonają. Jedziem na Centralny Komitet, tam wam też kwit wydadzą i podziękują za wszystko.
— Robiłem, com był powinien, nic więcej...
Weszycki był wzruszony, że ujrzy towarzyszy z Centralnego Komitetu. Wszystko się dobrze składało.
Na ulicy towarzysz kazał dorożkarzowi podnieść budę, wsiedli i pojechali. Wjechali w jakiś wielki gmach — w podwórze, i dryndziarz stanął. Na schodach Weszycki zaczął się dziwić, potem stanął, potem krzyknął, ale już go wzięło między siebie dwu drabów i wciągnęło go na pierwsze piętro do jakiejś poczekalni. Stali tam żandarmi, stójkowi i jakiś mizerny, jak cień, człeczyna, w kajdanach na nogach pod strażą dwu żołnierzy. Na skórzanej kanapie siedział rozwalony, z papierosem w zębach, ów wczorajszy drab cywilny, który go rewidował na ulicy. „Towarzysz” przywitał się z nim i usiadł obok, nie zważając zupełnie na Weszyckiego, który rzucał się ku niemu i wrzeszczał, jak wariat. Wsunęli mu parę kułaków pod żebra, aż go sparło, i nałożyli mu na ręce kajdanki.
Przez olbrzymie okna kawiarni Kamil patrzył na Sukiennice, na wieże Mariackiego kościoła, na ludzi rojących się po rynku, a widział przed sobą jakby niezmierzoną, matematycznie równą, białą płaszczyznę. Pusto — zimno. To, na co patrzały oczy, wydawało mu się czymś dawno przeżytym. To wspomnienie jakiejś przeszłości błąkało się po głowie, przeszkadzając rozumnemu myśleniu o tym, co jest. A nie ma na świecie już nic poza pustą, zimną przestrzenią. Życie można spędzić, idąc ku jej granicom — nie ma końca biały świat. Nie ma na nim drogi, kierunku. Ani śladu żywej istoty. Martwo i głucho.
Oderwą się od duszy ciche myśli, jak westchnienie. Pójdą w dal, żeby zniknąć już na zawsze. Przemykają po równinie lodowej, jak pasemka śnieżnego pyłu. Oto już je zdmuchuje przebiegająca chwila. Rozlega się rozpaczliwe pytanie. Głucho i martwo. Nie czeka odpowiedzi i milknie wśród białej pustyni. Niepojęta samotność! Obłąkany strach opasuje duszę, zaciska swoje niemiłosierne zwoje i trzyma. Zaciąga swoje węzły i dusi.
Nie ma do kogo uciec. Nie ma dokąd. Ta przestrzeń pochłonie każdy wysiłek. Nie ma ona granic, jest wieczna.