Nazajutrz poszedł pod wskazanym adresem. Zastał towarzysza, co mu z całym ogniem i dokumentnie wyłożył, o co chodzi. Że ze starej partii zrobiły się dwie. Że jedna chce tego, a druga tego. Że on jeszcze myśli, że będzie zgoda, bo główne niezgodniki siedzą itd., itd. Poszli we dwu do trzeciego na ulicę Rycerską na czwarte piętro na podstryszu, a ten spytał Weszyckiego, co ma za interesy? Weszycki spytał o bojówkę, ale o samym interesie gadać jeszcze nie chciał, tylko oznajmił, że przywiózł pieniądze, 250 rubli. Poszli tedy we dwu, ale osobno dla ostrożności, jeszcze w inne miejsce na Rymarską. Tam Weszycki zastał poważnego towarzysza, który gadał z nim z wysoka i jakoś niemiło. Temu odkrył wszystko.
Dopieroż surowy towarzysz się ucieszył. Tego nam było potrzeba. Mniejsza o flotę — ale bomba! Towarzyszu — nowe życie się u nas zacznie! Przecie my na to tylko czekamy! Trudno taką rzecz na poczekaniu zmajstrować — nasi ludzie, co to umieli, już wybrani. No — no — dziękuję wam w imieniu partii! Dzielni są wasi chłopcy! I szpiclaście sprzątnęli — dobrze!
Od razu, jakby kto odmienił Weszyckiego. A więc partia jest, choć w ciężkich kłopotach. A więc dźwiga się i jeszcze będzie dobrze! A on się do tego przyczyni. Umawiali się co do wręczenia pocisku komu należy. Pieniądze towarzysz policzył i przyjął. Zapalili papierosy i gadali o różnych sprawach. Towarzysz rozpytywał ciekawie o stosunki w cukrowni i w okolicy. Weszycki opowiedział mu szczegółowo o wszystkim. Miło mu było zdać nareszcie sprawę z roboty za taki długi czas. Miała się czym pochwalić organizacja lucieńska. Towarzysz zapisywał sobie w notesiku niektóre fakty i niektóre nazwiska i pomrukiwał zachęcająco: Dobrze, dobrze, tak właśnie należało.
Wreszcie, Weszycki nieśmiało zaproponował, czy nie mógłby zostać w Warszawie, przy tutejszej robocie. — Czasy są złe, ludzie wybrani, ja myślę, żebym się tu raczej przydał, a tam moi dadzą sobie rady i sami. Towarzysz pomyślał chwilę i przystał. — Dobrze, zostaniecie u nas. A o robotę ja się dla was już postaram.
I znowu nowe życie weszło w Weszyckiego. Okropnie był rad czepić się tej nowej pracy w Warszawie. Ufał sobie, że taki, jak on, siłę dopomoże partii w tej ciężkiej potrzebie.
— Ja bym się podjął, jak trzeba, tę bombę szmyrgnąć w kogo tam towarzysze uważają... Na taki czas toby dobrze zrobiło, prawda?
— To wiadomo. Ale nad tym trza się jeszcze zastanowić. Tymczasem gadajcie, gdzie ona jest, ta bomba. Trza ją, nie zwlekając, gdzieś schować w pewne miejsce.
— Już ja ją zaniosę tam, gdzie trzeba...
— Nie. Nasz człowiek po nią pójdzie. Wy nie znacie miasta. Gdzie stoicie?
— Wolę ja sam zanieść. Ja mieszkam w takim miejscu, gdzie obcemu nie można.