Po wielkiej sali sunęli się goście, rozlegały się głosy, śmiechy, brzęk szkła i naczyń. W jednym kącie siedziała grupa znajomych, rozprawiających głośno, z ożywieniem. Poznawał głosy, poznawał twarze, pamiętał i wiedział o tych ludziach wszystko. Ale gdy na nich patrzył, wydawało mu się, że to daleki obraz przeżytych zdarzeń wypłynął niepotrzebnie i przeszkadzał mu wpatrywać się z rozkoszą w to jedyne, co było prawdziwe w tej chwili: w równą, białą, nieskończenie rozległą i na zawsze samotną płaszczyznę — innego świata.

A z tego innego znowu, realnego świata wyszedł i zmierzał ku niemu dawno już niewidzialny stary towarzysz, Leon. Kamil drgnął i w oczach zapaliły mu się iskry. Widział, jak przesuwał się między stolikami i zbliżał się krok za krokiem. Wyglądał jak zawsze. Kamil patrzył na niego już obojętnie. W milczeniu podali sobie ręce.

— No, dla samej etykiety należałoby się, żebyś choć udał trochę tak zwanej serdeczności.

Kamil uśmiechnął się blado.

— Zmieniły cię te ostatnie dziesięć miesięcy — ciągnął Leon, patrząc nań życzliwie. — Coś o tym słyszałem, ale rad bym się dowiedzieć czegoś pewniejszego. Musisz mi o sobie wszystko opowiedzieć.

— Nic ci nie muszę opowiadać.

— Musu nie ma, ale może i sam zechcesz?

— Nie zechcę.

— No, to ja zacznę o sobie. Nie ciekawyś, com ja tam robił za kratą prawie przez rok? Nie dziwisz się, żem się wydostał z potrzasku, jako ten mądry szczur?

— Wszystko mi jedno. Ale nie lubię, jak udajesz nie siebie. Gadaj, co chcesz, tylko — po swojemu.