— Dobrze. Otóż przyszły na nas czasy straszne. Między ludźmi, co ocaleli, spustoszenie. Rozejrzałem się i wiem. Ale w mojej samotności przeczuwałem i to. Zawczasu obmyślałem sposób na te czasy i teraz go już mam. Na ten plan muszą się zgodzić ci nasi, bo to jedyny logiczny plan. Wiesz, że zawsze byłem realistą i obchodziłem się bez marzeń w tych niedawnych romantycznych czasach... Nie ciekawyś?
— Nie.
— Opowiadają mi tu o tobie różni zmarnowani ludzie, że „Kamil jest zmarnowany”. Uprzedzam cię, że ja nie pozwolę ci zmarnieć! Gadaj sobie, co chcesz! Ja ci rady dam! Nie uśmiechaj się szyderczo, tylko słuchaj i staraj się zrozumieć. Wiem o tobie wszystko. Widzę każdą twoją myśl. Nie masz żadnego prawa mnie nienawidzieć. Nie masz prawa patrzeć tu na mnie jak wróg. Nie jesteś obłąkanym, ale rozumnym człowiekiem. Twoje cierpienie znam. Lekarstwa na nie nie mam. Ale potrzebuję ciebie i sprawa ciebie potrzebuje. I dlatego nie odczepisz się ode mnie. Dlatego będziesz musiał słuchać, co mówię. Słuchaj i milcz, jeżeli nie możesz mówić! Nadejdzie chwila, że przemówisz. Możesz sobie wyrabiać miny — nie krępuj się bynajmniej!
Kamil spoglądał w swoją białą krainę. Na ustach jego ukazał się lekki uśmiech i pozostał. A Leon mówił przyciszonym głosem, patrząc mu z bliska prosto w oczy.
—...Jedni mi prawią, że już po rewolucji, inni uważają, że przyznanie tego jest zdradą. Mnie to wszystko jedno. Jeżeli jest rewolucja, tym lepiej, jeżeli zaś osłabła tylko z upustu krwi, a ci, co wyszli cało, myślą przede wszystkim o zachowaniu swej całości — to należy wytężyć wszystkie siły i zgromadzić do kupy choć z kilku takich, co się nie poddają.
— La garde meurt, mais ne se rend pas65 — mruknął Kamil.
— Cieszę się, żeś przemówił. Ale nie idzie mi o żaden honor. Ja nie pisuję dramatów krwią ludzką. Jest to tylko „zabawienie” wroga — manewr strategiczny. Mnie idzie o to, żeby do czasu osłonić psychikę masy. Trzeba uchronić od zatracenia olbrzymie, głębokie i bezcenne przeobrażenia duchowe, które zaszły w masach. Kiedy się ogłosi i umotywuje, że „przedstawienie skończone” — wszystko powróci do dawnego spania, liżąc rany, przeklinając cały ruch i płaszcząc się przed wrogiem. A teraz jeszcze żyje wola i nienawiść. Już nie ma wiary w zwycięstwo, ale jeszcze żyje żądza zemsty. Jeszcze nie pogodziła się podła dusza tłumu ze starym batem, jeszcze hardym jest zbuntowany, zbity i okuty niewolnik. Ale co będzie jutro?
— Wszystko mi jedno...
— Dobrze, żeś przemówił. Coraz lepiej! Otóż jutro może nadejść kres, mogą się zacząć objawy masowego upodlenia i wówczas runie wszystko, co pozostało, a zostało jeszcze ogromnie dużo.Ocalało najcenniejsze: bunt! To należy podtrzymać za wszelką cenę. To moje jedyne na dziś zadanie. Dusza tłumu domaga się odwetu. Socjolog to nazwie naiwnym — bo to jest naiwne, ale dusza masy jest też naiwna i w tym leży jej pierwotność i wielkość. Prawdą jest, że teraz nic realnie nie wskóramy tym naszym słabym — śmiech powiedzieć — tak zwanym „terrorem”, ale damy masom w czarnej doli momenty, przebłyski chwilowego zadowolenia, damy im chwile złudzenia siły — damy im bodaj cień zemsty! To znowu niby naiwne, ale mój cel jest trzeźwy, obliczony, niezawodny. Mój cel jest mały, jest raczej środkiem do czegoś — co ma kiedyś nastąpić, ale na tymczasem, na to okropne „tymczasem”, starczy i tego. Niechaj się dzieje to, co być musi. Może odżyje rewolucja? Może zajdzie jakiś przewrót? Może będzie nowa wojna, japońska, nie japońska? Na ten czas my — tym małym, możliwym środeczkiem...
— A w tym środeczku — sadzawka krwi z kolumnadą szubienic naokoło...