Wyszedł cicho, na palcach, nie patrząc na doktora, który spoglądał na niego z wyrzutem.

Na stopach Kamy leżały w świetnym przepychu gałęzie kwiatu mimozy. Spoczęły, jak u nóg męczennicy, zadręczonej nareszcie na śmierć przez ludzi i już wyzwolonej na wieki. Żywy, mocny zapach, pełen rozkoszy i upojenia, okrył jak całunem jej umarłe ciało.


Wuj Weszyckiego zaczął się niepokoić koło wieczora, a o północy już był pewien, że się stało jakieś nieszczęście. Wielkie było jego strapienie.

— Urządziłem go. A tom go urządził! — powtarzał ustawicznie, chodząc w kółko po swojej stancyjce i nadsłuchując na każdy dźwięk dzwonka w bramie. Położył się, ale nie mógł zmrużyć oka. Dopiero nad ranem usnął. Obudziło go dobijanie się do drzwi sklepu. Stary zerwał się i dopiero w tej chwili przyszło mu do głowy, że należało się spodziewać rewizji. Rewizji się nie bał, ale miłą mu ona też nie była. Odważnie zerwał się i otworzył drzwi od ulicy.

Ale dobijał się tylko chłopak od piekarza, jak zawsze o godzinie piątej rano. Dzień minął staremu na ponurych rozmyślaniach i gorzkich wyrzutach sumienia.

Mogli go zabrać z ulicy, jak biorą co dzień tylu nie wiadomo za co. Mógł się wsypać u tych ludzi partyjnych, do których mu pokazałem drogę. W każdym razie — co ja winien? Ale tym słusznym rozumowaniem nie mógł odpędzić troski. Siostrzeńca kochał bardzo, ale bardziej jeszcze trapił go wstyd, że jego stosunki i starania tak haniebnie zawiodły. Przez cały dzień docierał, jak mógł, do owego towarzysza, do którego posłał siostrzeńca, a którego adres otrzymał z takim trudem. Nareszcie dowiedział się, że robociarza tego zabrano w nocy. Dopiero nazajutrz wyczytał w „Kurierze Porannym” nazwisko siostrzeńca na długiej liście więźniów, którzy przybyli do więzienia na ratuszu. — Ha, trudno! Wszystkich pobrali — dlaczegóż jego nie mieli zabrać? Ani on poświęcany, ani asekurowany. Wzięli go — niech siedzi.

Stary powybierał z wiktuałów, co miał lepszego w sklepie, dokupił jeszcze cośkolwiek i naładował pełen koszyk dla siostrzeńca na „wałówkę”. Dodał mu jeszcze poduszkę, kołdrę, wreszcie zajrzał do jego koszyka, żeby mu wybrać coś z bielizny. Ale nie znalazł tam ani bielizny, ani żadnych innych rzeczy. Koszyk był wypchany sianem od wierzchu do spodu. Stary zdziwił się i zaczął grzebać w sianie. Ale nie znalazł nic, prócz żółtego pudełka skórzanego, okręconego rzemieniem. Pudełko było porządnie ciężkie. Starego tknęło, że to pieniądze — złoto. — Gdzieś oni to zdobyli w swoich stronach i teraz do partii przysyłają. Przymknął tedy drzwi od sklepu, zasłonił okno i zajrzał.

W pudełku siedziała szczelnie masywna puszka żelazna. Stary wydobył ją, zważył w ręku, potrząsnął, obracał na wszystkie strony, ale pieniądze nie dźwięczały, bulgotało tylko coś we wnętrzu cichuteńko, jak w zakorkowanej butelce. Pokrywa nie dawała się odkręcić. Puszka była grubo nasmarowana zaskrzepłą tłustością i tylko obracała się w ręku. Kiedy tak oglądał ją na wszystkie strony, nagle poraziła go, jak piorunem, pewna myśl — okropne podejrzenie — niezbita pewność!

Stary skamieniał ze zgrozy. Bał się poruszyć z miejsca, bał się położyć straszny przedmiot, a dreszczem przejmowało go jego zimne dotknięcie. Tak stał długo, aż dopóki ktoś nie wszedł do sklepu. Zebrał wszystkie siły, zmusił się i złożył puszkę na sianie w koszyku... Zlany zimnym potem stanął za ladą, nieprzytomnie patrząc przed siebie i dysząc ciężko.