— A co to panu? Chory?
Staremu latały przed oczami czarne płatki i nie od razu poznał, kto przed nim stał. Był to chłopak lat około dwudziestu, gołowąsy, blady, o smutnym wejrzeniu w podsiniałych oczach. Pokiereszowany kapelusz miał nasunięty głęboko, a szerokie palto było zapięte szczelnie, ale włożone tylko na jeden rękaw.
— Cóż to, febra pana trzęsie? A może pan na loterii wygrał główny los?
— Jeszcze ciebie tu, szczeniaku, brakowało! Wynoś się, pókiś cały...
Chłopak spojrzał nań zdumiony i w tejże chwili oczy jego stały się złe, bezczelne i wyzywające.
— Powoli, stary, tylko aby nie za prędko... Szczeniakiem ci nie jestem, bom nie twój syn... Ze mną trza grzecznie, to i ja jestem grzeczny. A jak pan chcesz być burżujem, to pogadam z tobą, jak z burżujem... Stało się co? Gadaj pan po ludzku!
Staremu łzy rzuciły się do oczu. Z całą nierozwagą rozpaczy wyjawił chłopakowi niebezpieczną tajemnicę. Może dlatego, że jego pierwszego spotkał w tej najgorszej chwili. Gdyby tu do sklepu weszła znajoma kucharka, jaki dorożkarz po papierosy lub byle kto, pierwszy lepszy z ulicy, może by też powiedział wszystko. Stracił zupełnie głowę.
Chłopak natychmiast opanował sytuację, a jeszcze lepiej sklepikarza. Stary czynił wszystko, co mu kazano. Trząsł się ze strachu i z niezmierną ulgą widział, jak chłopak wsuwał pocisk do kieszeni paltota. Z niezmierną ulgą wyjął z kasy i dał mu pięć rubli, zdjął z haka, nie ważąc, krąg kiełbasy, dodał całe ćwierć funta herbaty, wypakował mu kieszenie paczkami papierosów. Chłopak mógłby z nim zrobić w tej chwili, coby żywnie chciał; stary podpisałby weksel, przepisałby cały sklep na imię swego wybawiciela, usynowiłby go — za to, że chłopak zabrał tę straszną rzecz, a uczyniłby jeszcze nierównie więcej — gdyby poszedł sobie jak najprędzej i żeby już nigdy nie wracał.
Wreszcie stary został sam i złożył ręce, a oczy wzniósł ku sufitowi. Gorące, dziękczynne westchnienie wypłynęło ze sklepiku i poszło w przestrzenie niebieskie. Radość starego była niezmierna i w pierwszej chwili graniczyła z obłędem. Tak trwało z godzinę, aż nagle wróciło opamiętanie, a rozpacz go porwała, gdy sobie uświadomił, jak śmiertelne głupstwo popełnił z tego śmiertelnego strachu. Oddał się bowiem w niewolę człowiekowi więcej niż niepewnemu, półbandycie, który zostanie lada dzień całkowitym bandytą. Związał się z jutrzejszym prowokatorem, który na niego pierwszego wskaże — jest i pozostanie na łasce i niełasce człowieka bez czci i wiary.
Staremu leciało wszystko z rąk. Patrzył nieprzytomnie, na pytania odpowiadał bez sensu. Spalił w piecu futerał po pocisku, koszyk synowca i nawet siano z koszyka, ale nie przyniosło mu to ulgi. Było mu coraz gorzej. Czuł, że pogrąża się coraz głębiej i tonie w okropnościach...