Tak „wpadł” mądry i szczwany znawca życia, uważny świadek i obserwator rewolucji, który ze swego sklepiku wszystko widział i wszystko rozumiał, który każdemu umiał dać rozumną radę i każdemu potrafił: „otworzyć oczy” i „zatkać gębę”.


Rewilak, wyszedłszy ze sklepu, szybko przepychał się przez tłumy przechodniów na ulicy Piwnej i, skręciwszy w bok, zagłębił się w wąskie uliczki starego miasta. Niepowstrzymana radość iskrzyła się w podsiniałych oczach chłopaka, na wymizerowanej twarzy jaśniał naiwny i głupowaty uśmiech szczęścia, jak u dziecka.

Było to bowiem prawdziwe szczęście. Takie szczęście może się przyśnić, do takiego można wzdychać — ale bez żadnej wiary, żeby się ono kiedykolwiek mogło sprawdzić...

A jednak jest ono prawdą. Chłopak czuł prawdę tego szczęścia całą duszą i pełną świadomością. Było ono namacalne i dosyć ciężkie. Nie ufając mocy swojej kieszeni, podtrzymywał bombę ręką i co chwila ściskał ją mocno, jak gdyby się chciał upewnić, że ją ma.

Pogwizdywał sobie wesoło i szedł z dumnie zadartą głową, z fantazją i z radością w podsiniałych oczach. Przestała mu nawet dolegać zraniona prawa ręka, w której ból wiercił bez ustanku już od paru miesięcy. Wszystko się odmieniło naraz. Podziała się gdzieś ze szczętem trawiąca złość na wszystko i na wszystkich, która zgrzytała w nim o każdej chwili. Nie było brzydkiego wstrętu do siebie, ani zawiści, ani rozpaczy, ani tej diabelskiej pokusy, żeby zrobić nareszcie jakieś największe łajdactwo na złość sobie i całemu światu i na tym łajdactwie stanąć, jak na wysokiej wieży, i stamtąd plunąć na cały świat.

Było nareszcie dobrze! Tak — jak za tamtych czasów, kiedy był jeszcze porządnym towarzyszem i chodził ze swoją piątką na uczciwą robotę rewolucyjną — na rozkazanie partii. Tak jak gdyby wyszło z grobu stare matczysko i ujęło go za tę biedną głowę: oj, Kaziek, oj, Kaziek — dziecko jedyne...

A czas już było na tę dobrą chwilę.

Kaziek Rewilak, inaczej tak zwany „Cichy”, a w partii znany pod imieniem „Kuroki”, a potem jako „Cyngiel”, miał, pomimo niespełna dwudziestu lat, długie dzieje doli i niedoli. Miał on swoje czasy szczęścia i chwały, i krzywdy, i utrapienia, i hańby. Złe zaczęło się rok temu, a jak się raz zaczęło, to gnębiło i spychało go coraz niżej. Rok temu wyrzucili go z bojówki. Za co? Za nic.

Spotkał raz w piwiarni na ulicy Smoczej towarzystwo pijanych andrusów, którzy sami z nim zaczęli. Jeden go skądściś znał i od razu do niego: Ty hyclu partyjny! co ty na naszych po mieście polujesz? Pójdziesz na stryk, gałganduchu, pierwszemu salcesonowi cię wydam i na sądzie poprzysięgnę. Ty rzeźniku ludzi niewinnych! I tak dalej. „Kuroki” wyjął maszynę i tego urągającego położył na miejscu, dwu jeszcze poranił, do czwartego nie trafił i uciekł.